Monday, January 26, 2009

Superb Starling

Jest wszechobecny w Kenii ale bardzo ładny. Chyba taki bedzie mój nowy awatar...
From Kenya - Naivasha Lake

Fish eagle

Taki co to poluje i je ryby... Ładne ptaszysko.
From Kenya - Naivasha Lake

Trzech na jednego...

... to wiadomo co ;-)
From Kenya - Naivasha Lake

Mazury

No, prawie jak Mazury...
Płyniesz sobie łódką a tu kormorany suszą skrzydła...

From Kenya - Naivasha Lake

Naivasha Lake Redoux

W sobotę pojechaliśmy całą bandą na Crescent Island na jeziorze Naivasha. Porobiłem jakieś zdjęcia i powoli - w miarę obróbki - bedę wrzucał. Na początek - jak to było? Za rogiem żubr się chowa?

From Kenya - Naivasha Lake

Saturday, January 24, 2009

Nairobi National Park Safari Walk

Tak sie to bodaj że nazywa...
Byliśmy tam ze znajomymi w zeszły weekend. Idzie się tam taką kładką nad wodopojem, gdzie czasem przychodzą dzikie zwierzęta...
From Kenya

I jak wszędzie tutaj mamy tam takie różne... Na przykład rangersi w parku odławiają zebry albinosy, bo w stadzie zebr by nie przeżyły... I do zagródki.
From Kenya

Co to by tam jeszcze... Cheetah (nie znam polskiego odpowiednika)...
From Kenya

...korkodyl...
From Kenya

...sam król, oczywiście obżarty wygrzewa się na słońcu...
From Kenya

Nosorożec medytuje w cieniu... Z tego w wolnej chwili chce zrobić HDR
From Kenya

No i coś co na mnie zrobilo największe wrażenie - lampart na drzewie... Był naprawde strasznie wysoko i czekał na niemieckich turystów...
From Kenya

Wyczailiśmy go zupełnie przypadkiem... Normalnie strach, człowiek idzie sobie spokojnie a tu nagle może spaść na niego kilkadziesiąt kilo kota... Ładna bestia.

Friday, January 23, 2009

Polaryzować czy nie?

Proste pytanie - które lepsze? To...

From Kenya

...czy to?

From Kenya

Thursday, January 22, 2009

O co w tym chodzi

Bo jak tak sie trochę pojeździ to człowiek naogląda się co niemiara, ale ile z tego wszystkiego zrozumie? Bo tak siedząc tu, w Afryce Centralnej, już dość długo, to wyrabia mi się jakiś pogląd jak to tu jest poukładany świat równikowy.

Oczywiście bieda, piękna natura, dzikie zwierzęta, wspaniałe krajobrazy, zachody słońca, ośnieżone Kili itd. Ale najbardziej wyraźnym wspomnieniem dla mnie będzie bezwzględność tutejszych ludzi. To w sumie dziwna rzecz jest, dość subtelna i bardzo przerażająca...

Jak tylko ktoś ma tu jakąś władzę nad kimś innym to bedzie ją wykorzystywał a nawet pokazywał to do samych granic. U nas, w Europie, jakoś liczymy się z innymi ludźmi. Tu - nie. Tu fakt że mam władzę znaczy to że będę ją wykorzystywał bezwzględnie, nawet będę się nią napawał... No nie, to już za daleko. W tym nie ma żadnej agresji czy złośliwości... Po prostu nieczułość.

I to może być coś tak błahego jak wizyta w restauracji. Kelner po prostu jest ofiarą, nawet nie jest podczłowiekiem. Po prostu jest narzędziem. Klient tu nie myśli, że kelner też jest takim samym człowiekiem, że ma jakieś uczucia, emocjie, że może mieć gorszy dzień. Nie, tu kelner jest postacią podrzędną i jako taki nie może nic, musi usługiwać klientowi i przyjmować z uśmiechem wszystkie jego fanaberie. A nie będą one wynikać z jakiejś złośliwości tyko z bezwzględności i maksymalnie rozwinętej nieuwagi (nieuwagi w sensie ontologicznym, czyli niewrażliwości i niepostrzegania innych). Ten schemat zachowania jest tak głęboko zakorzeniony, że obserwuję go nawet u moich kolegów/koleżanek z pracy, ludzi wykształconych i niby śmietankę Kenii.

I takie sceny to normalna rzecz w knajpie. To samo przekłada się na polityków, policjantów, to nawet widać po tym jak ludzie tu jeżdżą samochodem. Nikt sie nikim w żaden sposób nie przejmuje. To też tłumaczy te wszystkie masakry, nie tylko w Kenii. Po prostu inni ludzie są... przedmiotowi. Do samych granic znaczenia tego słowa. Stąd te zamieszki w Kenii rok temu. Bo ludzie to instrumenty, pionki, nic nie znaczą i można ich używać do wszystkiego.

Taka jest moja Afryka.

Wednesday, January 21, 2009

Szaleństwo...

...Obamowe w Kenii jest wszędzie. Tekst z dzisiaj rano, jedna babeczka w biurze do drugiej: Widzę, że też zrobiłaś się na Michelle...

Monday, January 19, 2009

Hummer

Tak naprawde to nie wiem czy to hummingbird czy jakis sunbird... Nie chce mi się guglować. W każdym razie siedzi toto co rano zaraz za oknem...

From Hummer
P.S. A zwróciłeś uwagę jak gładkie są nieostre obszary zdjęcia (tzw. bokeh)? Nikkor 70-200 jest po prostu jak czekolada Dove... Czy jak Baileys albo inny Glenlivet... ;-)

Thursday, January 15, 2009

Rzeczywistość...

Wychodzę wczoraj z Westgate (takiej lokalnej Galerii Dominikańskiej), gdzie byłem w całkiej przyjemnej restauracji na lunchu. Schodzę po schodkach na parter i widzę z butiku naprzeciwko wychodzi Maciek Pawełek. No niby OK, ale coś mi nie pasują te dwie czteroletnie córeczki w różowych sukienkach...
Stanąłem, zamknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech... Pawełek dalej tam był. Podszedłem bliżej (bo i tak musiałem go minąć w drodze do samochodu) a on nawet nie mrugnie z moją stronę...
Nie widziałem nigdy tak wiernego sobowtóra... Maćku - możesz śmiało zostać jakimś dyktatorem, zamachy Ci już nie straszne... No, chyba że to w drugą stronę się ułoży ;-D

Dykteryjka o jakości

Kiedys, drzewiej, pracowałem w firmie o dumnej nazwie Instytut Łączności. Fajnie tam było, zajmowałem się różnymi ciekawymi rzeczami i popuszczałem wodze fantazji do tego stopnia że otworzyłem przewód. Firma ta organizowała od lat wielu ogromną imprezę o światowej renomie pod tytułem Sympozjum EMC. Uczestniczyłem w kilku Sympozjach, całkiem ciekawa imprezka (jeśli ktoś jest pasjonatem kompatybilności elektromagnetycznej). Sympozjum odbywało się raz na dwa lata. W czasie mojej pracy w IŁ narodził się dodatkowo pomysł stworzenia kolejnej imprezy o tej tematyce, tym razem bardziej praktycznej. Tak się narodziły Warsztaty EMC. Zostało to wszystko tak zorganizowane, że jednego roku jest bardziej teoretyczne Sympozjum, drugiego bardziej praktyczne Warsztaty.

Pamiętam jak gdzieś w 2005 (?) organizowaliśmy Warsztaty i jako organizator musieliśmy przygotować jakiąś pokazówkę odnośnie niepewności pomiarów. Jedna z prezentacji praktycznych wyglądała tak, że na ogromnym stole był jakiś układ pomiarowy, jakieś tam generatory, wzmaczniacze, filtry, komputery, anteny, cuda-wianki, na końcu wszystko to wchodziło do analizatora widam i tam miał na telewizorku pojawić się jakiś obrazek, który to by wykazywał wyższość Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy. Niestety tuż przed samymi Warsztatami był taki młyn i tyle rzeczy trzeba było zrobić na wczoraj, że nie było za bardzo czasu przyjżeć się dokładnie temu eksperymentowi praktycznemu. I właśnie jak zacząłem się zastanawiać dlaczego mi toto nie działa jak powinno, to weszła wycieczka jakichś 10 gości żywo zainteresowanych naszą prezentacją. Świadomy tego, że nasz pokaz jest totalną porażką, próbowałem odwrócić uwagę wizytatorów od eksperymentu i łamaną angielszczyzną roztoczyłem przed nimi oświecone horyzonty mojej osobowości. Innymi słowy - zagadałem ich. Deprecjonując sam eksperyment od razu przeszedłem do konkluzji i dalszych konsekwencji. Jakoś się udało... Niestety takich wizytacji mieliśmy mieć kilka, więc jak tylko pozbyliśmy się pierwszej tury skupiliśmy się z Czesiem na dość ważkim pytani - dlaczego nie działa? Podobne doświadczenia robiliśmy w ramach naszej normalnej pracy w Instytucie dość częśto i byliśmy dość dobrze zaznajomieni zarówno z naturą samego doświadczenia jak i z całym oprzyrządowaniem... Poza analizatorem widma, któy akurat na tą okazję był wypożyczony z Politechniki. Oczywiście tutaj doszukiwaliśmy się błędu - pstrykaliśmy przełącznikami, kręciliśmy gałkami itd - nic. Po półgodzinie bezowocnych posapywań usłyszeliśmy nadciągającą kolejną grupkę uczestników Warsztatów... Nastąpiła powtórka mojej twórczości z pogranicza PR, znowu się jakoś udało...

Godziny mijały, jakoś się przystosowałem do nowej roli teoretyka - wodzireja - gaduły, analizator milczał wyniośle... Aż pojwawiłą się grupa, w której był on. Maniak. W każdej dziedzinie, w każdej specjalizacji znajdzie się ktoś, kto uważa, że wie wszystko. I ten facet (jakiś Belg czy inny RPAńczyk) koniecznie chciał zobaczyć na telewizorku analizatora widma obrazek, o którym tak barwnie opowiadałem. Jak już wiemy - obrazek był uparty i pokazać się nie chciał. Ale Maniak przecież nie odpuści, jest sprzętowo niezdolny do wyluzowania. To nie jego wina, tak go wyposażyła Matka Natura... Inni kolesie z tej grupy już poszli do bufetu na herbate czy inną oranżadę a ten namolny gnojek zaczął sprawdzać nasz cały układ pomiarowy... Okazało się, że całkiem biegle władał tym obcym analizatorem (w międzyczasie zdążyliśmy się z Czesiem nauczyć obsługi ;-), no wszystko niby w porządku, ale jednak nie działa. Maniak popatrzył na nasze wzmacniacze, generatory, filtry, cuda-wianki, antenki-duperelki... W końcu na kable... Porządne kable N-N Tektronicsa... Popatrzył dokładniej na kabel doprowadzający sygnał do analizatora widma... Tektronics. Ale Made in China. Odwrócił się do nas i poprosił o kabel Made in USA. Gdzieś wygerzebaliśmy mu dokładnie taki sam kabel Tektronics, i-den-kurwa-tycz-ny, tylko że Made in USA i... Analizator ożył. Pokazał to co miał pokazywać od rana.

Wniosek z tej przydługiej i mało interesującej opowiastki? Made in China sux. Albo jak kto woli - tanie mięso jedzą psy. Na szczęście wszystkie moje obiektywy są Made in Japan (sam aparat jest Made In Thailand), nawet mój nowy notebook Vaio jest Made in Japan. Uff... Trzeba szybko kupić motocykl zanim BMW outsorsuje (a przy okazji - jaki jest polski odpowiednik słowa outsourcing?) swój Berliner Motorrad Werke do Państwa Środka...

Tuesday, January 13, 2009

Turpizm

Jakiś czas temu zapisałem się do kilku grup mailingowych coby dostawać powiadomienia o różncyh wydarzeniach kulturalnych w Nairobi. Bo - nie oszukujmy się - Nairobi to dziura... Mieszka tu niby ponad 3 miliony ludzi, ale poza knajpami i sklepami niewiele tu jest do roboty. Jakkolwiek bym chciał polemizować z Beatą i Pepciem, to jednak jest wiocha. Tak więc ucieszyłem się jak dostałem mailem powiadomienie, że Goethe Institut organizuje w niedzielę koncert tradycyjnej muzyki plemienia Luo.

Dla wyjasnienia - byliśmy z Beatą tu na jakimś koncercie, ale to było wielkie nieporozumienie... Bo ja to widzę tak - Afroamerykańscy artyści w Stanach często w swojej muzyce nawiązują do swoich afrykańskich korzeni. Czasem wychodzą z tego ciekawe kompozycje (tu nie dam przykłądu, bo ja takiej muzyki nie słucham ;-). Natomiast ci tutaj, w centralnej Afryce, starają się na siłe być hamerykańscy. Więc stylizują siebie i swoją muzykę na amerykańską, która stylizuje się czasem na afrykańską... Zamknięte koło. A kenijczycy powinni czerpać stąd - z tego co mają u siebie w wiosce...

Kiedyś indziej z kolei, zaprzyjaźniona firma (z chińskimi korzeniami) zorganizowała garden-party i tam wystąpiła taka kapelka złożona z jakichś sześciu kolesi z różnych plemion, i oni to całkiem fajnie i ciekawie śpiewali (co prawda popularne) pieśni plemion z całej Kenii. I fajne to było to... Stąd moja ekscytacja jak się wybierałem na koncert tradycyjnej muzyki afrykańskiej.

I nawet nie o to chodzi, że ja miałem jakieś oczekiwania. Bo nie wiem czego szukałem... Czegoś z mruczeniem, wyciem lampartów, tamtamami i transowo-psychodelicznym rytmem? Nie wiem. Ale po kolei.
Artystka, Lady Moreen, określana była jako Queen of Ohangla. Czyli muzyka plemienia Luo, zachodnia Kenya, okolice Kisumu. Potem doprecyzowali, że jednak neo-Ohangla. Oops... juz powiało chłodem. A potem wyszła sama diva.

From November

From November

No dobra, głos miała niezły. Ale otoczyła się kapelą złożoną z 9 (słownie: dziewięciu) muzyków:
- perkusja
- zestaw bębnów obciągniętych skórą z białych turystów
- grzechotka
- klawisze
- dwóch kolesi na czymś co jest skrzyżowaniem skrzypiec, banjo i werbla
- fujarka
- róg
- jeden bęben (taki na szelce, co to można z nim tańczyć)
I problem polegał na tym, że z tych dziewięciu kolesi tylko perkusista i koleś na klawiszach mieli jakieś pojęcie o co w tym chodzi. Pamiętam jak w technikum mieliśmy swoją kapelę to po dwóch próbach byliśmy bardziej zgrani niż ci profesjonaliści...

Tu mamy kolesia na rogu:
From November


Drugi problem polegał na tym, że w kółko śpiewali tą samą piosenkę. Niestety moje kiswahili nie jest jeszcze nma tyle płynne żeby wyłapać o czym spiewali, być może słowa były różne, ale muzyka, melodia... cały czas ta sama. Jakbym wypił ze 3-4 piwa to może bym się wkręcił, bo miało to potencjał. Jeszcze jakby słuchać tego przy ognisku gdzieś na zboczach Mt. Kenya, czy nad jeziorem Wiktorii... Ale tu, na trzeźwo... Nie trafiało do mnie. Co ciekawe, salka mogła pomieścić ze 100 osób, a było tam nas ze 30, w wiekszości czarni. I oni, widać było, bardzo się wkręcali. Widać ktoś tu rzucał perły między wieprze, a ja miałem nieodparte wrażenie, że tym razem to ja mam kopyta... Niemniej po 40 minutach stwierdziłem, że wystarczy, dałem im szansę i wszyscy kolektywnie się przemieściliśmy na z góry upatrzone pozycje.

Acha, do tego część artystyczna była połączona z tańcem... Były tam trzy dziewuszki, których chyba jedynym kryterium doboru przy castingu było - ma być bardziej otłuszczona niż solistka. A moze taki jest tu paradygmat piękna? W każdym razie poza uśmiechem nie miały one nic do zaprezentowania...


From November

Na szczęście Piotrek miał trochę piwa w lodówce, udało się nam jakoś odreagować...

Acha, wspominałem, że aby wejść na koncert musiałem kupić bilety? Za pieniądze?

PS. Przperaszam za jakość zdjęć - mimo że miałem ISO podkręcone do 500 to i tak przy 180-200mm miałem czasy rzędu 1/15 - 1/20s. Nawet nie chodzi o to że mi się ręce trzęsły od doznań artystycznych - po prostu ruszali się za szybko...