Friday, November 28, 2008

Na obczyźnie...

Posiedzę jeszcze trochę... Może wreszcie coś uda mi się tu zrobić konstruktywnego?

Monday, November 17, 2008

Symfonicznie

Leszek dał cynk że w sobotę wieczorem jest koncert z okazji 60-cio lecia Nairobi Orchestra. Nie wiedziałem co będzie grane, ale wyposzczony muzycznie i tak wybrałem się.

Nie było takiego folkloru jak się spodziewałem, w składzie orkiestry zaledwie kilku lokalnych, w tym piękna afrykańska wiolączelistka... Hmmm, wiolączelistka...

Było bardzo fajnie. Mimo wszystko... Bo fortepian był taki... podławy, zdecydowanie nie koncertowy, sala nienajgorsza, tłum ludzi (o dziwo - dużo lokalnych, oczywiscie była śmietanka Nairobi - wszystkie te ambasabory, konsule i ministry). Askari (czyli ochroniarze) nie wyłączyli swoich krótkofalówek i co chwile w czasie koncertu robiły im brrrrit. Jakieś straszne baby (bo nie znam innego określenia) przywiozły na koncert swoje czteromiesięczne dzieci w wózkach. Po co? Chyba tylko po to żeby dziecko się mogło rozedrzeć w połowie Andante graciozo. Wyprowadzić i rozstrzelać!

Program zawierał między innymi koncert fortepianowy Schumanna (choć interpretacja była inna niż ta, z którą jestem zaprzyjaźniony), to bardzo mnie się podobało. Solistą był chłopak z Ugandy - Ian Kiwuwa. Nieźle wymiatał, naprawde trzeba przyznać, że poziom wykonania rewelacyjny. Jeszcze jakby dyrygent (Damian Penfold) orkiestrze nie przeszkadzał...

W czasie przerwy popijaliśmy na tarasie Cabernet Sauvignon, wiała lekka bryza a cykady próbowały konkurować z muzykami...

Po przerwie byłem bardzo miło zaskoczony dziełem Vaughana Williamsa Norfolk Rhapsody. Dopiero tu dyrygent rozwinął skrzydła. Nie znam w ogóle tego kompozytora a musze przyznać, że to było piękne...

Niby koniec świata, wieś i zadupie (tu ukłon w stronę Pepcia), ale czasem można czegoś miłego doświadczyć.

Thursday, November 13, 2008

Signum temporis

Skończył mi się szampon, więc zostałem zmuszony pojechać do sklepu. Wybrałem galerię Sarit Center bo blisko i dużo sklepów. Wpadam do Uchumi (bo wiem, że mają mój ulubiony szampon) i co widzę? Cała półka (aż do tego faceta w zielonej kufajce) czekolad Terravita. Nie przepadam za czekoladą, ale z patryjotycznego obowiązku kupiłem... Ma taką biało-czerwoną naklejkę dobre bo polskie. Heh... dobrze, że Kubusie się skończyły w Nakumacie, bo nie cierpię tego paskudztwa...

Tuesday, November 11, 2008

Naiwniak

Bo jakoś tak cały czas chyba jestem troche naiwny w moim postrzeganiu świata. Cały czas wierzę, że ludzie jednak są dobrzy i że dobro zatriumfuje nad Ciemną Stroną Mocy. Wiem, wiem - obejrzałem Gwiezdne Wojny jak miałem 7 lat i jakoś mi tak zapadło głęboko... Mimo to wciąż czasem sie dziwie sobie i swojej naiwności.
Moja była firma (nie bez kozery zwana przeze mnie czasem przedszkolem) czasem musi wykonać małą robótkę dla klienta. Najcześciej jest to jakiś skrypt w shellu czy w Oracle'u. I za takie małe partyzanckie conieco NSN chce powiedzmy 50k Euro. Coś co ja bym napisał i przetestował w 5-6 godzin. Normalnie ręce mi opadają i wstydzę się za NSN, bo jednak pracowałem tam prawie 5 lat i jakoś dalej wierzę, że nasz produkt jest lepszejszy nisz podobne rozwiązania konkurencji. Ale jak taki dupek z działu sprzedaży (żeby nie powiedzieć pleno titulo sales) mówi że chce tyle szmalu za kilka godzin pracy to normalnie brak mi słów...
I tu trafiamy do sedna. Kiedyś mój tato sie mnie zapytał w filozoficznym tonie - ile coś jest warte? Po dłuższej dyskusji okazało się, że właściwa odpowiedź brzmi - tyle, ile ktoś jest skłonny za to zapłacić. I to do mnie nie do końca dociera. Ja znam faktyczną wartość ile czasu/pracy wymaga zrobienie czegoś i jak ktoś przychodzi do mnie i mi mówi że chce 150 razy więcej to czuję się trochę zagubiony...
Z drugiej strony... Była kiedyś taka firma Yahoo, którą to zrobiło sobie dwóch studentów, firma to duże słowo - było to oprogramowanie na dwóch kompach klasy PC (czyli na pentiawkach). I przyszedł raz pan w ciemnym gajerze i kupił toto za kilka milionów dorarów. To nie było wtedy tyle warte. Ale ten ktoś był w stanie tyle zapłacić. To zastanawia. Niby tu siedze za afrykańskim zadupiu ale cały czas sie uczę. Staram się, przynajmniej, zmienić swoje postrzeganie...