Monday, October 27, 2008

Seksowne paluszki

Dlaczego większość Kenijczyków ma seksowne paluszki? Bo potrafią wszystko spierdolić.

Najciekawsze, że jak ktoś coś umie to mają go tutaj za boga. A Polacy mają takie umiejętności improwizacyjno-techniczne.

Przykład? Jest szuflada telefonów testowych. Ale ładowarki do tychże telefonów zostały skutecznie zużyte, więc telefony leżą rozładowane. Wziąłem więc dwie zepsute ładowarki, z try-mi-ga zrobiłem z nich jedną działającą, podnoszę wzrok i widzę pół tuzina opadniętych szczęk.
- Jak to zrobiłeś?
- Normalnie, kurka, trzeba było uważać...
- A skąd wiedziałeś co i jak trzeba żeby działało?
Tu mi ręce opadły więc taktownie zamilkłem (zamiast powiedzieć im że wystarczy pomyśleć)

Statystyka

Jak kiedyś wpominałem zintegrowałem tego bloga z Google Analytics i teraz mogę Ciebie z innymi razem pouśredniać. Okazuje się, że wizytujący tego bloga używają pięciu różnych przeglądarek:

Firefox - 63%
IE - 22%
Chrome - 7.3%
Opera - 7.3%
Safari - 1% (to chyba ja z iPod'a ;-)

Moi drodzy - wyrzućcie tego biednego Internet Explorera i zaistalujcie sobie coś stworzonego dla ludzi, jak choćby Firefoxa czy Chrome (to dla tych co to nie używają del.icio.us). Co tam jeszcze ciekawego... 670 wizyt, 964 odsłon, czyli średnio 1.44 odsłon/wizytę, 284 absolute unique visitors. Nieźle jak na bloga pisanego na kolanie w toalecie po 8 piwach.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Sunday, October 26, 2008

Flamingi Magadi

A w ogóle po co się jedzie do Magadi? Pogrzać zmęczone kości w gorących źródłach, ale przede wszystkim obejrzeć flamingi. Na jeziorze Bogoria w odpowiedniej porze roku nie widać w ogóle wody tylko cielska różowych ptaków... Ponoć też było tak jeszcze niedawno w Nakuru. Teraz tylko Bogoria i Magadi. Bo flamingi to lubią tą słoną wodę, a raczej to co to tam w niej sobie żyje...
Zdjęcie ocenzurowano

Lake Magadi

W ramach rozrywek krajoznawczych pojechaliśmy z Beatą do Magadi. Jezioro Magadi jest dość ciekawe, bo nie ma tam za dużo wody, ale za to są największe na świecie naturalne pokłady soli i sody.
Zdjęcie ocenzurowano

Chłopaki dali by nerkę wyciąć swoim rodzicom żeby tylko się wyrwać z Kenii. Każdy ma taki horyzont w jakim błocie siedzi... Zabraliśmy ich na stopa, podrzuciliśmy do ich babć czy tam ciotek... Prawdziwe afrykańskie wiedźmy ;-) Oczywiście wszystko dla bogatych Muzungu... Chyba Beata coś kupiła, żeby złego uroku nie rzuciły.
Zdjęcie ocenzurowano

Już w samym Magadi nad gorącym źródłem, gdzie Beata wygrzewała (gotowała? 46C) swoje kolana... Obok Masajski złodziej (złodziej i pijak, bo każdy złodziej...), który potem podprowadził jej z plecaka 300 US$ (jeszcze przed krachem, więc luzik ;-)
Zdjęcie ocenzurowano

W sumie do Magadi nie jest daleko (ze 130km) ale droga wygląda jakby bardzo niewprawni piloci bombowców sprawdzali jak szerki może być rozrzut bomb (bo Dowództwo lubi jak jest mały rozrzut bo wtedy te wybuchy dobrze wyglądają na zdjęciach lotniczych*). Jedzie się tam ze 3h, a jak ma się tylko Corollę...

* No z jakiej to książki?

Saturday, October 25, 2008

Centrum Żyraf

Tak sie chyba to miejsce nazywa... Pojechaliśmy karmić żyrafy z ręki ;-)

Zdjęcie ocenzurowano

Na obiad pojechaliśmy do Crocodile Village. Jastrzębie próbowały z talerza wykraść jedzenie. Trzeba było chować talerze za siebie, bo pikowały - trochę dziwne wrażenie jak atakuje Cie jastrząb za kawałek sera... Jak już zjedliśmy to chodziłem z talerzem z resztkami nad głową żeby go skusić (żeby Beata mogla zrobić zdjęcie) ale oczywiście wtedy wszytkie gdzieś sie pochowaly ;-(

Naivasha Lake

Pewnego pięknego dnia pojechaliśmy z Beatą nad jezioro Naivasha. To widok na Rift Valley - oczywiście karaluchy powyłaziły z dziur w pomoście i próbowały sprzedać różne śmieci... W tle longonot - 2770 mnpm. Byliśmy i tam, ale nie tachałem paparatu...

Ocenzurowano

Nairobi National Park

Jak była u mnie Beata to pojechaliśmy do Nairobi National Park. Ja prowadziłem auto a Beata robiła zdjęcia. Niestety z całego dnia ja ustrzeliłem tylko jednego ptaka...

Ocenzurowano

Friday, October 24, 2008

Parę zdjęć z Mombasy

Po kolei - baobab


Ośmiorniczka. Lokalni ludzie złapali ją żywcem i przy nas zabili na kolację


Local shit - namolni sprzedawcy, równie uciążliwi jak komary latem na Mazurach...


United Colors Of Benetton


Beach boy - Zrobi wszystko, kwestia tylko ceny... Marzenie starych Niemek.


Dużo beach boys


Dedy


Śniadanie Dedy'ego - wiem, że pochodząc z wysp Indonezji chłopak jest za pan brat z owocami morza, ale jednak... Bleeeah!


Wielu autochtonów żyje z tego co da morze...


Oczywiście więcej znajdziesz tutaj.

Thursday, October 23, 2008

Mombasa

Był długi weekend więc mimo upartego bólu w okolicy krzyża postanowiłem pojechać ze znajomymi do Mombasy. Zebrałem kilka wrażeń...

Mombasa jest jakieś 500 km od Nairobi - wydostanie się ze stolicy zajęło nam trochę, ponadto pierwsze 100 km drogi praktycznie nie istnieje. To było niesamowite - droga w sumie strategiczna, a de facto jej nie ma. Jest dość szeroki pas ubitej siemi, czasem utwardzony betonem (ale jakieś dobre paręnaście lat temu) w częstymi dziurami wielkości pralki Frania. Nie odważyłbym się jechać tam samochodem nieterenowym. Do tego te wszystkie TIRy i matatu, piesi i rowerzyści (bo tu wielu ludzi jest nieśmiertelnych, niczego sie nie boją), którzy nie przestrzegają żadnych zasad. Normalnie Wolna Amerykanka i ultimate survival. Wszystko spowite kurzem tak, że nie widać dalej jak na 30 metrów... Często widziałem np. 18-to kołowe tiry które miały pod naczepą tylko 4 z dwunastu opon. Reszta kół po prostu wisiała sobie naga bez żadnej gumy. Wiele ciężarówek jest na pograniczu śmierci klinicznej albo kierowca ma IQ na poziomie bardzo zimnego piwa (bo tu ludzie nie znają słowa redukcja), więc często pod górkę taka ciężarówa nie jest w stanie jechać szybciej niż jakieś 12 km/h. Wtedy inna ciężarówa z silniejszym silnikiem próbuje ją wyprzedzić z prędkością 15 km/h. I ja wyskakuję zza górki przy 150km/h a tu 100 m przede mną oba pasy zajęte przez ciężarówki... Normalnie spodziewałbym się, że ciężarówka, która wyprzedzała zrezygnuje i ustąpi. Ale nie tutaj - tu kierowca ciężarówki mruga światłami dając do zrozumienia, że on nie odpuści. I to ja muszę zwolnić (czasem wręcz zatrzymać się) i go przepuścić. Na początku piana mi wychodziła na usta, ale z drugiej strony - przecież nie bede sie kłócił z ciężarówką... Co do nawierzchni - na szczęście takie jest tylko pierwsze 100 km. Po nich zabrałem Radkowi kierownice i praktycznie do rogatek Mombasy upajałem się widokami... Takiej hAfryki szukałem - nieskończone równiny sawanny, bardzo malownicze góry (niestety było trochę zamglone, więc nie widziałem Kilimanjaro). Droga jak marzenie (nomen omen zbudowana przez Unię Europejską, jakby Unia nie mogła wybudować czegoś w Europie, np. obwodnicy Wrocławia...)

Sama Mombasa to smród, brud i ubóstwo. Gorąco i parno. Ocean fajny, ciepły, miły w dodtyku. Popływałem trochę... Delfinów ani rekinów nie widziałem. Na plaży każdego białego zaczepiają dziesiątki tubylców próbujących wcisnąć im różne rzeczy - od wycieczek statkiem poprzez jakieś muszle, produkty lokalnego folkloru, aż po narkotyki i różne wyuzdane usługi z dwunastolatkami. Najgorsze że dopóki nie powiesz im Spierdalaj to sie nie odczepią. Co ciekawe jest tu dość duża grupa beach boys, którzy oferują wszelkie usługi seksualne starym grubym Niemkom (a jak trzeba to i Niemcom). Fajnie, że wszyscy tu na plaży mówią z Jamajskim akcentem ;-) Jakby sie wsytdzili masajskiego, albo jakby właśnie wrócili z Jamajki z torbą pełną najlepszego stuff'u. Generalnie Mombasa ma renomę centrum seksu i biznesu (z naciskiem na seksu), nawyraźniej byliśmy na tym drugim brzegu (czyli na South Coast), gdzie udało nam się uniknąć tych bardziej renomowanych miejsc. Gdyby nie beach boys możnaby tu nawet wypocząć... Generalnie Mombasy nie polecam - lepiej (ponoć) pojechać do Zanzibaru czy gdzieś jeszcze indziej, gdzie człowiek (może) znajdzie trochę spokoju...

Po kilku miesiącach spędzonych na wysokości 1800 mnpm organizm dziwnie sie zachowywał jak nagle dostał kopa tlenu. Piłem do 16 piw dziennie (lekarz kazał!) i... nic! Poczułem się przez chwilę jak Superman...

Porobiłem kilka zdjęć, jak bede miał chwilkę by je obrobić to się podzielę.

Wednesday, October 15, 2008

Kamiennie - cd

Pojechałęm dzisiaj rano do lekarza żeby obejżał moje fotki (USG) i pan doktór opowiedział taką to anegdotkę, że jak posypały się rządy Somalii i Sudanu (pocz. '90) to Kenia wysyłała tam swoich chłopaków z pomocą humanitarną. Każdy ochotnik musiał przejsć wszystkie badania przed wyjazdem, i oczywicie po powrocie znowu. I okazuje się, że przed wyjazdem nikt nie miał problemów z kamieniami w nerkach, a po powrocie po dwóch tygodniach wielu z nich miało. Dla wyjasnienia - Somalia i Sudan to gorąca pustynia. Doktor mówił, że mają wiele udokumentowanych przypadków, jak to ludzie nie pijący dosć wody wyhodowali sobie kamienie w tak krótkim czasie.
Wydawało mi się że na to sie pracuje latami, a to - okazuje się - czasem tydzień wystarczy...

Tuesday, October 14, 2008

Kamiennie

Jakos tak ból odczuwałem w okolicy prawej nerki, nie zeby często, ale jako że nigdy nie chorowałem (a wszelkie urazy miały kinetyczny charakter ;-) to się trochę wystraszyłem i poszedłem się zbadać. I tu się zaczął niezły cyrk.
Polecony doktór to siwiutki Afrykańczyk, około 60 lat, starszy stonowany i bardzo kulturny pan. Przyjmuje w gabinecie gdzies schowanym na tyłach centrum handlowego, gabinecik z lat '60. Stetoskop i aparat do pomiaru cisnienia chyba pamiętają Drugą Wojnę. Pan doktór włada płynną polszczyzną. Okazuje się że doktorat z medycyny zrobił w Polsce, ma żonę Polkę i dzieci, które pokończyły nasze uczelnie.
Normalnie czad. Srodek czarnej Afryki, Nairobi, słonie i pawiany a z czarnym doktorem można po naszemu... Kraj pełen niespodzianek ;-)
Acha, USG znalazło mi kamienia, którego chyba bede musiał wysikać... Już mnie boli ;-/

Friday, October 10, 2008

Weekendowo

Wyjątkowo w tym tygodniu weekend zaczął się w piątek i z tej okazji pojechalimy z trzema kolegami nad jezioro Magadi nad gorące źródła. Wzięliśmy kratkę piwa, trochę wina, stolik, parasol, krzesła i cotam do jedzenia. Oczywicie na brydżyka. Generalnie te gorące źródła są takim miejscem gdzie wielu turystów (i nie tylko) przyjeżdża się pomoczyć w wodzie o temp. około 46C. Jezioro jest wyschnięte więc generalnie jest wielką patelnią (już nie ma tego miłego chłodu Nairobi) z dodatkowo gorącymi źródłami. Z okazji przyjezdnych pojawiają się tu grupki masajów próbujących sprzedać różne wyroby ichniego folkloru (czasem bardzo natarczywie). Więc wyobraź sobie po srodku płaskiej jak stół pustyni, tuż koło gorących źródeł stoi samochód, obok czterech białych przy piwku/winku (wedle preferencji) gra w brydża. Widok totalnej konsternacji na twarzach masajów (co jeszcze wymylą Ci popieprzeni turysci!) jest niezapomniany...

Thursday, October 9, 2008

O babeczkach i ich facetach

A tak naprawdę nie o babeczkach tylko o związkach. W Kenii. Często widuje się tutaj pary dwukolorowe - albo biały z czarną albo biała z czarnym. Bardzo często. Ciekawa jest tu trochę geneza i przyszłoć tych mieszanych związków.

Biała z czarnym to akurat wiadoma sprawa - w 99,999% przypadków jest to za sprawą kompleksu wielkiego czarnego siusiaka. Takie tu legendy krążą, że potwory z filmu Starship Troopers to pluszowe przytulanki dla grzecznych dzieci. Oczywicie pewnie ta kwestia jest przerysowana (oby!), ale też jak w każdej legendzie - jest tu pewnie ziarno prawdy. Nie wiem, nie widziałem, powtarzam tylko co ludzie na miescie mówią. Czasem przyjeżdżają tu stare, grube, spasione brytyjki czy inne niemki i można zobaczyć tu młode, jurne byczki w towarzystwie tych babek... Smutne. Jak sie pogada z lokalnymi to okazuje się że to jest pewien stereotyp że czarni chłopacy z małych miescin chcą wyrwać (być wyrwanym przez) starą bogatą białą kobietę - jedyna szansa zeby się wyrwać z dna... Smutne, szczególnie, że np. Masaje to bardzo dumni ludzie.

Ciekawsza jest sprawa czarnej z białym. Z punktu widzenia murzynki wyrwanie białego faceta (najchętniej aż do punktu małżeństwa) jest najlepszą rzeczą jaka - się jej wydaje - może się jej przydarzyć w życiu. Bo biały (w postrzeganiu lokalnych) ma fuuurę kasy i wiadomo, że jak się za takiego wyjdzie to do końca życia nie trzeba pracować, można się skupić na ważniejszych rzeczach - torebkach, paznokciach i pilocie do TV. Dodatkowo biali wychowani w innej kulturze traktują kobiety (czarne, białe, niebieskie, zielone, w ogóle - kobiety) diametralnie inaczej niż czarni. Są szarmanccy, kulturni i do rany przyłóż - w przeciwieństwie do lokalnych twardzieli, którzy nie szanują kobiet, zdradzają i mają podejcie typu za włosy i do jaskini. Tak więc czarna kobieta (tu się mówi - Afrykanka ;-) dużo zrobi żeby takiego biednego faceta złapać. A co ciągnie białego do czarnej? Pojęcia nie mam. Niektóre z nich są naprawdę piękne (szczególnie Etiopki), ale trudno z nimi pogadać o przewadze Rachmaninowa nad Lisztem (czy o innej mniemanologi stosowanej ;-).

A teraz patologie...

Jest tu też pewna grupa kobiet, które doją biednych białych facetów z kasy, potrafią mieć jednoczenie 3-4 facetów i od każdego wyciągać pieniądze. Taki zawód - kochanka, bo wiadomo - biały (lokalnie - Mzungu) ma kasę i jest naiwny, więc trzeba by mu ulżyc... Tylko że biały nie wie, że wpadł w sidła i mysli, że to prawdziwa miłosć itd. Kruche męskie ego jest bardzo łatwe w obsłudze, te babeczki opanowały tą sztukę do perfekcji.

Czasem też zdarzają się tutaj innsze tragedie. Na przykład - jest tu pewien Belg, który założył i prowadzi tu szkołę Thai-Boxingu. Mojego wzrostu, ale waży ze 130 kg i ani grama tłuszczu. Wyżyłowany, taka naciągnięta sprężyna. Otóż ten zabijaka pożenił się z czarną babeczką i mają dzieci i wszystko było wspaniale póki miał pieniądze. Ale kupił wspomnianą szkołę, siłownię, dużo zainwestował i kasa wyszła. I wtedy jego wspaniała (do tego owego czasu) żona przestała dostawać od niego pieniądze więc zaczęła chodzić na imprezki bez niego, znikać na dni całe, a ostatnio zaczęła go nawwet bić! Normalnie płakać się chce jak się widzi tego dużego, twardego faceta z siniakami i obtarciami na rękach i łysej głowie (vide Seksmisja - Kobieta mnie bije...). Najgorsze, że on nic nie może, bo jakby mu hamulce pusciły i by jej oddał, to tu sądy tylko czekają na takie przypadki. Znalazłby się w więzieniu zanim by się obejrzał a tam już czarni bracia zrobiliby mu z dupy późną, dżdżystą jesień wczesnego sredniowiecza...
Najczęsciej punktem zaczepienia do małżeństwa jest dziecko, na które mówi się tutaj 0.5 (bo jest jak zebra - trochę białe a trochę czarne ;-). Najgorsze, że jak się kończy białemu kasa to własnie to dziecko najbardziej cierpi (no chyba że czarna żona waży 3x tyle co jej biały mąż - nie przesadzam, to się zdaża!), wtedy to on cierpi... i to bardzo.

Oczywicie to co to tu popisałem nie oddaje tego wszystkiego co tu się odbywa, zdarzają się tu normalne, zdrowo partnerskie kolorowe związki, ale to te wyjątki, które potwierdzają regułę. Jak mówią tu koledzy, którzy siedzą tu dłużej - białemu zawsze wydaje się, że jest mysliwym i że to on wybiera sobie babeczkę. Ale tak naprawde tu mysliwy jest zwierzyną. I jeszcze mówią, że jedyny sposób żeby B&W związek przetrwał to wywieźć czarną kobietę z Kenii, wyrwać ją z jej srodowiska, czyli zabrać do Europy czy Stanów i tam może związek przetrwa i będzie szczęsliwy.

To takie różne historyjki o których się tu słyszy i jakie czasem się dostrzega...

Wednesday, October 8, 2008

Krachowo...

Krach na giełdach... Pytanie - jaki jest tu związek logiczny? Na zasadzie - biednemu zawsze wiatr w oczy?
Bo ja to nie wierzę w cos co sie nazywa zbieg okolicznosci...

Friday, October 3, 2008

Chrome...

Mam taki mały problem, nad którym nie chce mnie się myśleć, ale wkurza na tyle, że wypłaczę Ci się w rękaw.
Używam Chrome. I jak piszę posty na tymże blogu to nie jestem w stanie uzyskać literki eś. Nie wiem czy to wada Google Chrome czy engine'a bloga czy czego, ale irytuje. Ale nie na tyle, żeby pogrzebać w opcjach i wyłączyć skróty klawiaturowe...