Sunday, July 27, 2008

Zagadka

Jak pisałem - wybrałem sie do kina na nowego Batmana. Warto. I tak przed seansem stoję w kolejce po popcorn i piwo a tu słyszę za sobą najczystszą polszczyzną Może, Marcin, kupimy sobie coś na seans? Uśmiechnąłem się szeroko i ciepło mi się zrobiło na duszy, bo niewielu to krajan... Odwracam się by spojrzeć w czerstwe, słowiańskie twarze... I chciałoby się sparafrazować Stuhra Ciemne widzę, widzę ciemne... To normalna reakcja pohibernacyjna. Żadnych słowian, żadnych białych, nawet hindusa nie było... Okazało się, że Marcin z dziewczyną są najczystszymi murzynami. I zaczęli rozmawiać o jakiejś cioci... po polsku. Szczena mi opadła... No bo jak to? Naprawde bez żadnej naleciałości pięknie po polsku mówili. Nie tak jak ludzie, którzy mieszkali z 15 lat w Polsce (na studiach czy coś), tylko jak tacy co to od dziecka, od piaskownicy po naszemu... Tak więc mimo że nie słowianie, to jednak nasi... Na Bebiko2 i paprykarzu szczecińskim wychowani...

Saturday, July 26, 2008

Świętach, Świętach i po Drutach...

Takie powiedzonko z czasów studiów ;-) Dlaczego? Bo kupiłem wreszcie sprzęt do biegania. Buty te co zawsze - Nike Air Pegasus, najlepsze na rynku. Ach wiem, że niby Air Max 360, jakies tam Shox'y i inne Triaxy czy cośtam... wszystko to gówno i pic pod publike. Najlepsze są Air Pegasus. Kropka. Do tego kupilem dres (Nike Dry Fit, cuda-wianki, obiera ziemniaki, robi niezłe Mojito i potrafi zainstalować Windows bez płyty instalacyjnej) czarny z żarówiastozielonymi akcentami i z odblaskowymi wstawkami w strategicznych miejscach. Wyglądam jak choinka świąteczna (vide tytuł - tak się swojsko zrobiło). Acha, spodnie są pedalsko obcisłe, podkreślające wspaniałą rzeźbę moich nóg ;-) Kinky...

Więc teraz juz nie miałem wymówki i musiałem pójść biegać. Auć, ciężko. Sprawdziłem na GPSie - 1770 mnpm. Na początek (pierwszy bieg od 3 miesięcy) chciałem spokojnie, żeby się nie zajechać... No i się nie udało. Generalnie mam duży problem z lekkoatletyką. Ja nie umiem powoli. Pierwszy raz zauważyłem to jeszcze jak miałem kilkanaście lat jak na poważnie zacząłem jeździć na rowerze. Wszyscy znajomi jeździli spokojnie, powoli, spacerkiem... I tak godzinami potrafili. Ja zaczynałem z nimi powoli, a po 15 minutach łapałem się na tym, że dawałem z siebie wszystko, po pół godzinie byłem już zawsze zajechany... Jak w czasach szkoły średniej zaczynałem biegać to trochę czasu zajęło mi wypracowanie rytmu i nauczenie się rozkładania sił na te 5 km (to jest mój optymalny dystans). I wydawało mi się, że już nabyłem tą umiejętność (choć Beata dalej narzeka na naszych wycieczkach rowerowych...), ale okazało się, że umiem tak tylko po płaskim. A Nairobi jest mocno pofałdowane i w okolicy domu nie mam takiego kółka 5 km żeby nie było z górki i pod górkę... Praktycznie w ogóle nie ma po płaskim. Tak więć w pięknym stylu się zajechałem... Miałem iść wieczorem do kina na nowego Batmana... a nie wiem czy mam siły dowlec się do samochodu...

W każdym razie najtrudniejszy jest zawsze pierwszy krok. Jak już go zrobiłem to teraz bede codziennie biegał... I jak wróce do bazy to mam nadzieje choć kondycyjnie stawić czoła Pepciowi i jego czilijskim wiewiórkom...

Wednesday, July 16, 2008

Kulinarnie

Dzisiaj na obiad były między innymi banany w curry. I co sie okazuje - banany można tak zrobić (wygotować czy co?), żeby zupełnie nie miały smaku. Takie... kartofle... Popiję wieczorem Mojito to mi przejdzie niesmak...

Thursday, July 10, 2008

Czas zawieszony

Afrykański robak powoli wykluwa się w moim umyśle. Zaobserwowałem, że czasami do różnych myśli przyczepiają się takie małe, szare zwierzątka, jak pasożyty, albo raczej małe drapieżniki. Owłosione i bardziej irytujące niż niebezpieczne. Tak jakbyś jechał przez las i dzikie psy (czy szczury jakieś) przyczepiałyby się do wozu, probując go zatrzymać czy pożreć... Jak jestem w pracy to muszę być skoncentrowany, kreatywny i ostry. Ale później już mogę się wyluzować, odprężyć i wtedy czasem pojawiają się one. Na razie niegroźne, na granicy percepcji, ale wiem, że jak czegoś nie zmienię dramatycznie to one będą nabierać siły. I jak pochłoną, zawładną moim umysłem, to - jak to się ładnie mówi - postradam zmysły. Oszaleję. I będę wtedy biegał po Nairobi wywijając srebrnym lichtarzem szerząc strach i ból, aż jakiś łaskawy askari* zastrzeli mnie koło wysypiska śmieci... Czytałeś Jądro ciemności Conrada? Oglądałeś Lśnienie czy Czas apokalipsy? Szaleństwo to proces. To nie jest tak, że nagle, znikąd budzisz się w środę rano z tym błyskiem w oku i zaczynasz malować na trawniku niebieski brzuch. To jest proces, postępuje powoli, na granicy percepcji, ale jednak zapowiada swoje nadejście... Bo jest to bardzo ciekawa sytuacja w której się znalazłem. Normalnie każdy toczy swoje spokojne życie, chodzi na treningi, do pracy, ściera się ze wszystkimi ludźmi, którymi wybrał się otoczyć... A tu nagle jestem wyrwany ze swojego świata, odarty z tego środowiska, które sobie tak mozolnie latami budowałem. Jakby długie wakacje... Wakacje? Skąd! Na wakacje z reguły zabiera się jakąć część swojego świata. To raczej więzienie czy zesłanie do obozu pracy. Tu nie ma niczego, co stanowiłoby kotwicę czy pomost jakiś pomiędzy wtedy a teraz. Zupełnie inny, obcy świat, gdzie ego (które i tak jest iluzją) nie ma punktu zaczepienia... Albo zacznę ćwiczyć, dalej próbując zdobyć w Nairobi przyczółek dla wrocławskiego Aikido, albo zacznę medytować, albo cokolwiek... Ale muszę przestać myśleć w kategoriach tu - tam, wtedy - teraz. Muszę odnależć grunt pod nogami i zacząć być tu i teraz. Alternatywa jest nieciekawa. Czas leci i działa na korzyść tych drugich. Zawsze działa na ich korzyść... * askari - swahili: ochroniarz

Friday, July 4, 2008

Z naturą nie wygrasz....

Wylęgły się termity i miliony tego lata w powietrzu. Dosłownie chmury całe. Bleee... Jak tu nie dać się zjeść żywcem? Jak dojść z bramy do samochodu? Niby niegroźne, ale wyobraźnia działa... Najgorsze, że nieopatrznie zostawiłem otwarte okno w łazience i teraz mam całą podłogę w termitach. Chyba nie będę dzisiaj mył trybów...

Wednesday, July 2, 2008

kompleks białego

Przyjechało paru chińczyków z Huawei i tak sobie tłumaczę, że chyba już nie mam najmniejszego w biurze...