Friday, June 27, 2008

Mały dym

Dzisiaj byłem świadkiem jak dwóch facetów miało małą różnicę zdań, która doprowadziła do rękoczynów. Pierwszy raz widziałem jak tutaj się biją. Porażka. Przysłowiowe machasz Waść jak cepem byłoby obrazą dla cepa. Oczywiście był to prosty meczyk taksówkarz kontra klient, nic profesjonalnego. Ale i tak byłem zniesmaczony...

Wednesday, June 25, 2008

tajlandzki discount...

Niestety mimo zapewnień lokalnego dealera firmy Breitling w Bangkoku mam wrażenie, że zegarek, który właśnie mi sie zepsuł, nie do końca spełniał wymagania procesów kontroli jakości tejże firmy.
A taki fajny był, Śszwajcarski...

Tuesday, June 24, 2008

Krater Longonot

Miałem dosyć miasta więc namówiłem Radka na wycieczkę poza miasto. Coś lekkiego, łatwego i przyjemnego (przyjemnego my ass!).

Pojechaliśmy jakieś 70 km za Nairobi, zjechaliśmy w dół Rift Valley, to widok z góry. Daleko, daleko na horyzoncie widać Longonot.


A tu akacje parasolowe w drodze w dół do Rift Valley.


Longonot. Generalnie jest to krater wulkanu, czynnego jeszcze w 1863 roku. Wylewy lawy znacznie użyźniły ziemnię, pięknie wszystko rośnie wokół. Sama górka i okolice są objęte parkiem narodowym.


Podejście było masakryczne. Albo inaczej - weszliśmy do parku razem z bandą hindusów, więc żeby nie iść z nimi ramię w ramię narzuciliśmy mordercze tempo. Tu Radek odpoczywa...


Jak ja odpoczywałem to nie robiłem sobie zdjęć, więc nie ma udokumentowanej mojej kiepskiej formy. Już na szczycie, czyli po wdrapaniu się na krawędź wulkanu odsłania się zapierający dech widok...


Niestety nie dorobiłem się jeszcze dość szerokiego kąta, żeby objąć to co widziałem. A naprawde warto. Najfajniejsze, że w środku, w dole rośnie las tropikalny, bardzo bujny i nie ma tam nic poza tym. Taka dziewicza oaza... Obeszliśmy cały krater w kółko po krawędzi (fi jakieś 3-4 km). Po drodze znalazłem jeszcze jeden, mniejszy krater z boku góry, pewnie późniejszy.


Jak wspominałem - wulkan był czynny całkiem niedawno (co to jest 150 lat?) więc nic dziwnego, że miejscami ulatniały się jeszcze jakieś gazy czy inne opary.


Kolejne zdjęcie brzeżka krateru. W tle Rift Valley.


Najwyzsze miejsce na naszej tracie to 2770 mnpm, skąd rozpościerał się wspaniały widok na całą dolinę... Podejście dobijało. Nie tylko brak tlenu, ale też serce chciało wyskoczyć. Jak wdrapałem się na samą górę to mi takie kolorowe motylki przed oczami latały. Mało to komandoskie, ale usiadłem, żeby odpocząć... Za to widok... Piękny. Mogłem dostrzec na przykład takie wioski murzyńskie:


Już za najwyższym wzniesieniem...


Na szlaku spotkaliśmy grupkę lokalnych przewodników oprowadzających straaasznie grubą Brytyjkę. Jeden z nich powiedział, że to bardzo rzadki ptak, ostatnio go widział w 2002 roku. Wierzę na słowo. Fajne ptaszysko, ogromne.


Przy schodzeniu dziwnie patrzyły się na nas żyrafy i zebry. Bawoła na szczęście nie spotkaliśmy.
W drodze powrotnej zobaczyłem jak się podjeżdża na rowerze do góry... Nie wiem jaka jest różnica poziomów pomiędzy Rift Valley a okolicznymi wzgórzami, ale dobre kilkaset metrów jest. I trzeba sobie jakoś radzić, nie?


Jak zwykle - więcej zdjęć tutaj.

Kilka z Nairobi

Kilka zaległych fotek.

To wredne stworzenie wydziera mi się w nocy (razem z ibizami, których nie mam jeszcze na zdjęciu) i spać nie pozwala...


A jak wyjdę na taras to widać małpy i takie to papugi. Zauważ też krzak dżakarandy, której tu w Nairobi pełno wszędzie, w listopadzie całe miasto jest fioletowo - różowe. Rzecz gustu.


Obiecany kiedyś wcześniej grill gdzie przyrządzają kukurydzę. OK, no może nie do końca murowany, ale nie jest to blaszak z Obi, tylko porządna konstrukcja z lokalnego budulca.
Smaczek z centrum...


Ulica, gdzie strach białemu chodzić piechotą...


I ogólny rzut okiem na przedmieścia.


Albo tutaj... Niby spokój i cisza a wyraźnie to ich teren - swędzą cię zęby, białasie?


W ogóle mieszkam niedaleko UNRC (czy jakoś tak - UN Refugee Centre )- tam to czasem dziwne sceny się odbywają dantejskie... Kiedyś się odważę sfotografować to pokażę, probem w tym, że jak wracam do domu to już jest ciemno... I żeby naświetlić matrycę musiałbym się zatrzymać na dłużej niż to jest bezpieczne.

Poranki w Nairobi

Generalnie zaczyna się zima, temperatura spadła do 14 C (w sobotę, wczoraj jakies 18), od dwóch dni pada... Dla lokalnych tragedia, chodzą w puchowych kurtkach, szalikach i futrzanych czapkach. Dla Europejczyka idealna pogoda. Przy automacie z herbatą zagaduję dzisiaj do jednego lokalesa że piękny dzionek Bozia dała, a on na to yesss, very british...
Mało się nie oblałem ze śmiechu.

Sunday, June 22, 2008

Jazda 10

Zaległy wpis za wczoraj.
Wiesz, bywałem w życiu w różnych dziwnych miejscach, czasami w takich gdzie białemu nie wypada chodzić, bo może stracić zęby czy nawet coś więcej. Taki lepszy hard-core, którego doświadczyłem, to były mediny w Maroku, w Marrakeshu jeszcze nie było najgorzej (trochę turystycznie), ale w Rabacie czasami wiało grozą...
Oczywiście każde miasto ma takie miejsca - we Wrocławiu to na przykład Trójkąt Bermudzki jakieś 10 lat temu, teraz - powiedzmy Kozanów (zwany popularnie Kozanostra ;-). Takie miejsca ma też Nairobi. Oczywiście jest nim słynna Kibera - najwieksze slumsy w Afryce, gdzie mieszka jakiś milion ludzi... Nie, nie polazłem tam, nie jestem aż tak twardy (czyt. nie jestem aż tak głupi).

Ale Radek zabrał mnie wczoraj do miejsca, gdzie można kupić orginalne (w sensie - nie robione dla turystów) przedmioty produkowane przez różne plemiona afrykańskie. Miejsce wręcz pachnie skrystalizowanym Mordorem... Najpierw pojechaliśmy do dzielnicy, gdzie biały nie chodzi piechotą. W sensie - nie chodzi długo. Bo go zaciukają w jakimś śmierdzącym zaułku. Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do jakiejś bramy... ciemno, śmierdzi kozimi bobkami. Potem jakieś schody, zakręt jeden, drugi, skrzyżowanie korytarzy, w końcu żelazne zamknięte drzwi. Dopiero na hasło Czerwony Kapturek stają otworem - totalna konspiracja. Wchodzimy na podwórze... Kamiennice wokół mają jakieś trzy piętra. Galeryjka prowadzi do wszystkich pokoi... W każdym pokoju (na piętrze kilka) łóżko, na którym śpi sprzedawca, a poza tym setki artefaktów... Jakich? Maski afrykańskie z setek plemion, ozdoby ichnich kobiet, rzeźby ( od drewnianych przez cynowe do mosiądzu / żelaza), jakieś ozdoby z koralików, amulety, dosłownie wszystko. Wszystko w setkach odmian, rozmiarów, z całej Afryki. I tak w każdym pokoju. Każdy ze sprzedawców bardzo miły i uprzejmy, każdy przy łóżku ma Koran, nie zdziwiłbym się jakby pod łóżkiem miał kałacha... Ciekawe, że ci ludzie tam mieszkali i pewnie w ogóle nie wychodzili na zewnątrz. Bo po co? Krzątały się tam jakieś kobiety z jedzeniem, jest kibelek (muszla wmurowana, nic nie wystaje ponad podłogę), prysznic (bardzo industrialny - rura ze sciany), zawsze można kogoś posłać po placki... Im wyższe piętro tym sprzedawcy mniej cywilizowani, na najwyższym byliśmy u - przysięgam - mongoła w futrzanej czapie. Normalnie Mordor pełną gębą... Niby miło i fajnie, ale zdaję sobie sprawę, że to jedno z tych miejsc gdzie ludzie znikają bez śladu... Cały czas Zanshin 10.

Kupiłem maskę. Zeby nie było, że łażę im po sypialni i nic z tego nie mają. Będzie do dojo... Ceny? Maski od 20 do 100 Euro (w zależności od plemienia pochodzenia, wieku itd). Za jakąś starą rzeźbę drewnianą (na oko 150 - 200 lat) z 50 - 100 Euro. Za jakieś koraliki (Jablonex, a jakże) od 2 Euro do 200 Euro (za - powiedzmy - jakąś komodę okoralikowaną). Wybór naprawde duży. Poczekam aż Beata przyjedzie to pójdziemy tam jeszcze raz i pewnie coś kupimy... Jak przeżyjemy.

I po wszystkim, jak już w cywilizacji popijaliśmy piwko zastanawiałem się - jak ludzie znajdują takie miejsca? Tam nikt z przypadku tego nie znajdzie...

Thursday, June 19, 2008

OFP

Co robię tu w długie samotne wieczory?
Łoję w Operation Flashpoint - najlepszą grę komputerową kiedykolwiek, gdziekowliek. Gra trochę trąci myszką, ale realizm poprostu powala...
I teraz moi ulubieńcy z Codemasters zapowiadają sequel!
Mam tylko nadzieje, że nie będzie to kafkowski Zamek w rodzaju Harpoon4 (tu, tu czy też tu), na którego się nie doczekałem...

Takie tam śmieszne....

Widzisz, siedze tu w biurze, które w niczym nie przypomina ciepłego, przytulnego miejsca, które miałem w Nokia Siemens Networks. Tu jesteśmy wszyscy wrzuceni do pomieszczenia o powierzchni około 400 m2, każdy ma swoje biureczko i oddzielony jest on innych niewysokim przepierzeniem (tak, że nawet jak położysz głowę na biurku to kawałek widac)... Więc jak normalnie się pracuje przy kompie to widać wzystkie twarze... Czarne twarze. W pomieszczeniu jest - szacuję - z 80 osób, z czego 4 białe, z 5 śniadych a reszta czarne... I śmieszne jest jak mija się innego białego (w drodze do herbaty czy drukarki czy innego WC) i biali, którzy nawet się nie znają, pozdrawiają się w milczeniu kiwnięciem głowy. Śmieszne. Jakby dawali do zrozumienia - nie znamy się, ale musimy trzymać się razem, bo zrobią sobie bębenki z naszej skóry.
Taki tam smaczek...

Wednesday, June 18, 2008

Po czym poznać gika?

Gik, zwany też z angielska geek, to - podaję za Merriam Webster - ktoś taki: an enthusiast or expert especially in a technological field or activity, co - uważam - nie oddaje cyborgowatości gika.

W każdym razie po czym poznać, że jest się gikiem? Poznajesz wtedy, jak pfefnasty raz prowadzisz to samo szkolenie z Intelligent Networks, jesteś totalnie wkręcony i naprawdę uważasz że to co mówisz jest fascynujące do bólu, uczestnicy zasypiają, a tobie to nie przeszkadza.

Łoch, ciężko samemu na obcym kontynencie...

Saturday, June 14, 2008

Miła niespodzianka

Dzisiaj pojechałem zatankować Toyotę i okazało się, że miła firma nie tylko daje samochód, ale tankowanie też jest friko... Miło ;-D

Sunday, June 8, 2008

Mordor - pierwsza niedziela

Dzisiaj pierwszy raz się przeraziłem. W ramach brania byka za rogi czy też ujeżdżania tygrysa wziąłem autko i z godzine jeździłem po Nairobi. Czyli po naszemu - pod prąd. Byłem w dwóch galeriach, zjeździłem centrum... i się przeraziłem. Bo nagle zdałem sobie sprawę, że tu nie ma co robić! Albo się tu robi zakupy (hindusi, pakistańczycy, kilku białych, niewielu murzynów) albo... pije. Normalnie miasto 3 razy większe od Wrocławia i nie ma co robić! Już żałuję, że dałem się Beacie zbałamucić i zostawiłem fajkę w domu... Stupido Salvatore, stupido Salvatore... Albo zacznę chodzić na siłownie albo zacznę się uczyć. Mam tu w kompie jeszcze kilka tysięcy zdjęć do uporządkowania, potem zacznę uczyć się jakiegoś Perla czy innych algorytmów kryptografii kwantowej...
Jedyna nadzieja w Radku (chłopak już 5 lat tu siedzi), może on coś będzie w stanie podpowiedzieć...

Saturday, June 7, 2008

Jak jest....

Coraz fajniej.
W Nairobi nie ma chodników. OK, gdzieś w samym centrum może są, ale tylko na dwóch - trzech głównych ulicach, jako relikt czasów kolonialnych. Więc wszyscy ludzie łażą poboczem. A że takowego też nie ma to łażą po jezdni. I tu się pojawia problem. Jako - nie oszukujmy się - niedoświadczony kierowca, jeżdżący w dodatku po niewłaściwej stronie ulicy nie mam totalnie wyczucia. I ci wszyscy ludzie (naprawdę tłumy) walący niekoniecznie skrajem jezdni troche mnie wkurzają... Przeciętnie Kenijczyka nie stać na samochód, więc cały ruch odbywa się albo pieszo albo busikami Matatu.
Ziemia jest koloru krwi. Poważnie, zastanawiałem się jakiegoby tu użyć porównania, ale cegła nie oddaje czerwieni tutejszej ziemi. Kolor jak - powiedzmy - pustynia Wadi Rum w Jordanii o zachodzie słońca (oh yes, motherfucker!). Naprawde czerwona. Piękne. Na skrajach drogi, na tej krwistoczerwonej ziemi, stoją malutkie grille (murowane!) gdzie można kupić kukurydzę prażoną w kolbach, malutkie stragany ze świeżymi owocami podejrzanego pochodzenia i różne inne ciekawostki (np. śpiący ludzie czy samochody bez kół i drzwi w których bawią się małe dzieci). Często widuję kupy tlących się śmieci. I te tłumy ludzi walące bez opamiętania pod moje koła... Mistyczne ;-D
Dzisiaj wpadłem na chwile do pracy, bo mój kolega (uhuhu!) musiał przetestować fault'a na serwis, potem pojechaliśmy w trójkę (jeszcze z Musalią) do Village Market. To taka Galeria Dominikańska w wydaniu kenijskim. Poszliśmy do chińskiej restauracji (już nie tak tanio). Podrzuciłem chłopaków do firmy a sam pojechałem na zakupy. Fajnie, bo generalnie jest to prawie 3-4-milionowe miasto, i niby jedziesz przez centrum, jedziesz i nagle jesteś w dżungli, 500 metrów dalej znowu w mieście. Czad ;-) Robi wrażenie.
Znalazłem indyjskiego piekarza (wspaniałe samosa) i sushi bar, znaczy się - cytując Bogusia Lidę - ja to będę żył... (Psy 2). Właśnie kończę serek z niebieską pleśnią. Mimo piasku (?!) dobrze wchodzi z Merlot.
Za oknem papugi i jakieś ogromne ptaszyska prześcigują się kto głośniej, po ścianie biega taka zielona jaszczurka (ta, co to i po mokrym szkle pionowo potrafi)...
Żyć nie umierać. Tylko brakuje Beaty, żeby swoją nieposkromioną złośliwością mogła zburzyć tą sielankę...

Acha, nie ma tu kaszki mleczno-ryżowej z bananami. Ze 20 minut łaziłem po sklepie i nie znalazłem. Miliony innych (niesprawdzonych!) wynalazków ale nie ma mojej ulubionej kaszki. Ani bobowita ani nestle. Jakby ktoś chciał mi podesłać proszę o kontakt na priva...
No tak to już jest. My tu gadu - gadu a Merlot sie kończy...

Thursday, June 5, 2008

Przyszłość Internetu

Ostatnio tak rozmawiałem z Wojtkiem i doszliśmy do wspólnego wniosku - Internet sam w sobie może się nie zmienia (Kubuś by wiedział więcej) , ale sposób w jaki używamy sieci zmienia się dramatycznie, i to w dodatku zmiana nastąpiła nie tak dawno...
Otóż obaj doszliśmy (niezależnie!) do wniosku, że odkąd mamy iGoogle nie surfujemy sieći jak to drzewiej bywało, tylko na iGoogle wrzucamy wszystko co nas interesuje i tylko odwiedzamy nasz portal. Potem faktycznie wyszukiwarki Google używamy jak naprawde coś chcemy wyszukać.
Kiedyś słuchałem takiego podcastu, który opowiadało tym jak się zmienia paradygmat używania internetu. Według niego, wielu użytkowników sieci ma konta Twitter'a (głównie w Stanach), które pozwalają im śledzić innych użytkowników twittera. Po jakimś czasie użytkownik jest w stanie określić kto gada głupoty a kto faktycznie coś fajnego wnosi. I po krótkim czasie po prostu śledzi się wybranych użytkowników... Jeśli ktoś aktywnie uczestniczy w życiu grup dyskusyjnych pewnie zaobserwował u siebie podobny mechanizm...

Skąd ta zmiana? Cóż, głównym zarzutem w stosunku do Internetu jest nadmiar informacji. Np. widzę to jak Beata surfuje. Niby odpala Googla żeby znaleźć przepis na muffiny z morelami a oczywiście otwiera się jej dużo więcej. I biedne dziecko czyta wszystko, bo o jakie to ciekawe i po chwili zamiast o muffinach (co było powodem odpalenia Firefoxa) czyta o kryptografii kwantowej (OK, tu mnie poniosło - ja bym czytał o kryptografii kwantowej, Beata raczej o Kubicy czy o nowotworze szczoteczki do zębów ;-).

Powodem mojego (i Wojtkowego czy twitterowców) podejścia jest właśnie nadmiar info. Normalnie, jeszcze z rok - dwa temu ja sam sprawdzałbym codziennie z 10 - 15 interesujących mnie stron. Dzisiaj dzięki Google Readerowi subskrybuję RSSy, jak jakaś strona nie ma RSSa to oszukuję za pomocą tego, więc zamias spędzać godzinę na sprawdzanie moich ulubionych stron - mam wszystie nowe informacje podane w Readerze. Poczta? Oczywiście na iGoogle. Wszelkie gadżety (poza posranym GG) mam na iGoogle. Więc po co mi surfować? Podane na tacy...

Pozytywne strony takiego podejścia? Filtruję. Dostaję te informacje, które są dla mnie interesujące, a nie jakiś spam. Doprowadza to jednak to dwóch problemów.

Po pierwsze - ograniczam się. Wiem, że świadomie, ale jak nie mam czegoś nowego w Google Readerze to marudzę, że nie ma nic w tym Internecie. Bo, niestety, chadzam utartymi ścieżkami.

Po drugie - może mnie ominąć coś ważnego. Trzęsienei ziemi w Chinach? Skąd mogłem o tym wiedzieć? Na stronie Engadget'a nie było ;-( Czyli zamykam się w dość hermetycznym, monotematycznym (duo- tre- quatro- tematycznym - co za różnica?) świecie, spoza którego informacje nie bardzo mają jak do mnie dotrzeć...

Coś za coś. Albo daję się spamować i biegam po milionie stron, które poruszają tematykę zupełnie mi obojętną albo oszczędzam czas na surfowaniu licząc się ze skalkulowanym ryzykiem że może coś mi umknąć...

Myślę, że wiele osób nie jest w stanie pogodzić się z takim podejściem. Beata czyta całą gazetę, nie tylko interesujące ją artykuły. Dlatego w przypadku Internetu wpada w ślepy zaułek - nie nastarczy. Ani czasowo ani w żaden inny sposób.

Czy tak będzie wyglądała przyszłość? Filtrowanie? Trudno powiedzieć. Dla mnie się sprawdza, dla paru dobrych znajomych też. Każdy musi sam określić jak chce spędzić resztę życia - czy zaoszczędzić czas (filtrując w ten czy inny sposób) i móc poświęcić ten czas na pisanie bloga dla innych czy też może woli marnować czas czytając bzdury przez innych popełnione...

Mordor - dzień trzeci...

Dzisiaj wreszcie udało mi się wyżebrać dostęp do platformy testowej. Pomyślałem sobie, że teraz to ja już im tu wszystko zadministruję. Bo muszę przyznać, że zaczynalo mi się trochę nudzić. Tak więc zalogowałem się via putty jako rtp99 i zacząłem wpisywać na początek jakieś takie niewinne execRTPenv status1 -e czy psrinfo -v (tak, tak, SunFire 6900). potem podniosłem wzrok i zobaczylem przerażenie w oczach moich czarnych kolegów. Zaraz ktoś niechcący mnie z sieci wypiął ;-(

Z nudów połaziłem po biurze i pogadałem z czarnuchami. Co ciekawe wiele osób tu ma naprawde wypasione gadgety. Jeden koleś ma BlackBerry, iPhone'a, dwie inne komórki, Asus eePC i iPoda. Do tego służbowego notebooka i stacjonarnego kompa. 3 monitory. Wszystko na jednym biurku. Innymi slowy - jestem wśród swoich ;-)

Ale ja nie o tym. Odkąd przyjechałem chodziliśmy na lunch do kantyny w budynku jakieś 200 metrów dalej po drugiej stronei ulicy, gdzie się mieści kwatera główna Safaricom. Całkiem przyzwoite jedzenie (obiad jednotalerzowy: ryba, różne surówki, ryż, sok za jakieś 10 złotych). Ale wyczaiłem, że normalnie chłopaki chodzą do baru dokładnie po drugiej stronie ulicy. Pytam więc dlaczego chodzimy do kantyny skoro normalnie chodzicie do baru. A na to uslyszałem, że chcą mnie oszczędzić, bo tu, w barze, to nie jedzenie dla białych. Oburzyłem się okrutnie i pytam czy ja jestem jakiś gorszy, czy co? No wiesz, masz delikatny żołądek, mógłbyś tego nie znieść... Oczywiście poszliśmy dzisiaj do baru. I to bylo bardzo ciekawe. Bar to szopa sklecona z desek, płyty pilśniowej, blachy falistej, siatki drucianej i czegokolwiek co można znależć leżące luzem na śmietniku. Bez podłogi (klepisko), bez okien (wspomiana siatka) itd. Siedzieliśmy przy stołach skleconych też z jakichś desek z odzysku na chyboczących się ławkach (o dziwo drzazg nie bylo). Jedzenie faktycznie bardzo podłe. Jakiś tam ryż wziąłem z fasolą, ale ja to bym tym psa nie nakarmił. Talerze brudne, łyżki tłuste, totalny folklor. I to bylo niesamowite. Ci ludzie są naprawde dobrze wyedukowani, dobrze ubrani (świerze czyste i wyprasowane koszule, spodnie na kancik, itp), są osprzęceni jak tylko się da, a jedzą w takim miejscu. Naprawdę podle... Klientela też bardzo zróżnicowana - od moich wypasionych kolesi w garniturach od Armaniego po kierowców ciężarówek, jakichś pracowników budowlanych (usyfionych jak tylko się da) itp. Byłem jedynym białym, myslę że jeszcze jakiś czas będą wspominać że byl tu raz taki jeden... Zapłaciłem dzisiaj ze dwa zlote... Potem dopiłem Coca colą, żeby wypalić te wszystkie paskudztwa, którymi chcieli mnie zarazić... Potem wyszliśmy z tej jadłodajni na dwór, gdzie pięknie świecilo równikowe słońce, błękitne niebo bez jednej chmurki i ryk przejeżdżających samochodów odprowadzil nas z powrotem do firmy... Kenia to kraj ogromych kontrastów...

Beata zawsze namawiala mnie żeby zawsze jadać tam, gdzie tubylcy jadają. Próbowałem tak we Włoszech, Hiszpanii, Grecji, Słoweni, Jordanii, Maroku, RPA, USA, Tajlandii, Malezji, an Filipinach i Bóg wie gdzie to tam jeszcze mnie zawiało. Ale tu chyba sobie odpuszcze. Wiem, wiem, Beata, co powiesz. Ale wolę być twardym mięczakiem niż miękkim twardzielem po kilku dniach spędzonych przy białym uchu w toalecie.

Wednesday, June 4, 2008

Mordor - dzień drugi

Dzisiaj już oficjalnie dostałem auto. Toyota Corolla XLi (jakaś na oko 3-letnia). Obleci. Nie am klimy, ale tu nie trzeba, bo jak pisałem - temperatura waha się około 25C. Pojechałem change ciapas, czyli w lokalnym slangu wymienić pieniądze. Bo - muszę się przyznać - nie pamiętałem czy na lotnisku w Nairobi jest ATM (jest!). Dlatego wybrałem pieniądze w Londynie. I po kupieniu wizy zostało mi około 70 funtów. Lepiej to chyba zamienić na szylingi i wydać na piwo czy wino... Tak więc dzisiaj samodzielnie wjechałem na jedną z bardziej zatłoczonych ulic miasta i podskoczyłem do Sarit Centre. Oczywiście bankomat był już zamknięty. Potem musiałem jeszcze wrócić do bazy. Oczywiście zgubiłem się trochę... Jazda po mieście po lewej stronie ulicy naprawde jest wymagająca. Najgorsze, że odruchy które mam nie tylko nie pomagają - one przeszkadzają. Wjeżdżasz na skrzyżowanie a tu samochody napierają na Ciebie z kierunku z którego nie mają prawa nadjechać. Stąd po kilku minutach człowiek jest totalnie skołowany i zagubiony i wtedy się zaczyna... Pojawia się ten stan umysłu, który my w Aikido nazywamy zanshin. Czyli oczy dookoła głowy, w stu procentach będąc tu i teraz.
Dojechałem... Ale się spociłem.
Popijam teraz Gato Negro i słucham lekkiego dżeziku. Zapuszczę brodę i długie włosy. Jak Beata była taka mądra i wykopała mnie do dzikiego kraju to będzie miała dzikusa ;-)

PS. Moje ulubione (w Polsce) ciasteczka digestive są tu nie do zjedzenia. W ogóle wszelkie ich słodycze są jakieś takie... mączne. Jakby komuś sypnęło się troche za dużo mleka w proszku. Zobaczymy jak się sprawi kaszka mleczno-ryżowa z bananami...

Sunday, June 1, 2008

Stare ucho moje, ale jare - tylko mózg głupieje czasami

Fajne!

Prędkość sieci

jak pamiętacie mój post poniżej odnoszący się do prędkości internetu - próbowalem powtorzyć z Nairobi - toto nawet nie widzi żadnego serwera żeby się sprawdzić. Normalnie czarna dziura...

Back to Africa

Tradycyjnie kolesie w Londynie posiali mój bagaż. Naprawde nie wierzyłem, że mnie, starego misia, drugi raz chcą zrobić na sztucvzny miód, ale niestety wykręcili mi ten sam numer. Dlatego wszystkim, którzy się do mnie wybierają zalecam wybór lotu przez Amsterda, Dubaj, RPA, Mexico czy Magadan, byle nie przez Londyn. Jak na razie Heathrow ma 100% skuteczność w gubieniu mojego bagażu. Słyszałem kiedyć w sieci, że chłopaki zainstalowali sobie tam automatyczny system sortowania bagażu i od tej pory się zaczęło. Ileś tam tysięcy toreb zgubili bezpowrotnie (jak można zgubić torbę bezpowrotnie? że niby co, maszyna sie wkurzyła i z zemsty zniszczyła czy jak?). W każdym razie, reasumując, niezły burdel tam siostry mają.

W Kenii zimno, drogo i nie ma ciepłej wody ;-( Apartament obleci, 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, kuchnia... Żadna rewelacja, ale daje radę. Ważne, że jest siec ;-))) Perspektywa jazdy lewą stroną ulicy trochę przeraża.

Pozdr z Czarnego Lądu