Friday, June 27, 2008

Mały dym

Dzisiaj byłem świadkiem jak dwóch facetów miało małą różnicę zdań, która doprowadziła do rękoczynów. Pierwszy raz widziałem jak tutaj się biją. Porażka. Przysłowiowe machasz Waść jak cepem byłoby obrazą dla cepa. Oczywiście był to prosty meczyk taksówkarz kontra klient, nic profesjonalnego. Ale i tak byłem zniesmaczony...

Wednesday, June 25, 2008

tajlandzki discount...

Niestety mimo zapewnień lokalnego dealera firmy Breitling w Bangkoku mam wrażenie, że zegarek, który właśnie mi sie zepsuł, nie do końca spełniał wymagania procesów kontroli jakości tejże firmy.
A taki fajny był, Śszwajcarski...

Tuesday, June 24, 2008

Poranki w Nairobi

Generalnie zaczyna się zima, temperatura spadła do 14 C (w sobotę, wczoraj jakies 18), od dwóch dni pada... Dla lokalnych tragedia, chodzą w puchowych kurtkach, szalikach i futrzanych czapkach. Dla Europejczyka idealna pogoda. Przy automacie z herbatą zagaduję dzisiaj do jednego lokalesa że piękny dzionek Bozia dała, a on na to yesss, very british...
Mało się nie oblałem ze śmiechu.

Sunday, June 22, 2008

Jazda 10

Zaległy wpis za wczoraj.
Wiesz, bywałem w życiu w różnych dziwnych miejscach, czasami w takich gdzie białemu nie wypada chodzić, bo może stracić zęby czy nawet coś więcej. Taki lepszy hard-core, którego doświadczyłem, to były mediny w Maroku, w Marrakeshu jeszcze nie było najgorzej (trochę turystycznie), ale w Rabacie czasami wiało grozą...
Oczywiście każde miasto ma takie miejsca - we Wrocławiu to na przykład Trójkąt Bermudzki jakieś 10 lat temu, teraz - powiedzmy Kozanów (zwany popularnie Kozanostra ;-). Takie miejsca ma też Nairobi. Oczywiście jest nim słynna Kibera - najwieksze slumsy w Afryce, gdzie mieszka jakiś milion ludzi... Nie, nie polazłem tam, nie jestem aż tak twardy (czyt. nie jestem aż tak głupi).

Ale Radek zabrał mnie wczoraj do miejsca, gdzie można kupić orginalne (w sensie - nie robione dla turystów) przedmioty produkowane przez różne plemiona afrykańskie. Miejsce wręcz pachnie skrystalizowanym Mordorem... Najpierw pojechaliśmy do dzielnicy, gdzie biały nie chodzi piechotą. W sensie - nie chodzi długo. Bo go zaciukają w jakimś śmierdzącym zaułku. Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do jakiejś bramy... ciemno, śmierdzi kozimi bobkami. Potem jakieś schody, zakręt jeden, drugi, skrzyżowanie korytarzy, w końcu żelazne zamknięte drzwi. Dopiero na hasło Czerwony Kapturek stają otworem - totalna konspiracja. Wchodzimy na podwórze... Kamiennice wokół mają jakieś trzy piętra. Galeryjka prowadzi do wszystkich pokoi... W każdym pokoju (na piętrze kilka) łóżko, na którym śpi sprzedawca, a poza tym setki artefaktów... Jakich? Maski afrykańskie z setek plemion, ozdoby ichnich kobiet, rzeźby ( od drewnianych przez cynowe do mosiądzu / żelaza), jakieś ozdoby z koralików, amulety, dosłownie wszystko. Wszystko w setkach odmian, rozmiarów, z całej Afryki. I tak w każdym pokoju. Każdy ze sprzedawców bardzo miły i uprzejmy, każdy przy łóżku ma Koran, nie zdziwiłbym się jakby pod łóżkiem miał kałacha... Ciekawe, że ci ludzie tam mieszkali i pewnie w ogóle nie wychodzili na zewnątrz. Bo po co? Krzątały się tam jakieś kobiety z jedzeniem, jest kibelek (muszla wmurowana, nic nie wystaje ponad podłogę), prysznic (bardzo industrialny - rura ze sciany), zawsze można kogoś posłać po placki... Im wyższe piętro tym sprzedawcy mniej cywilizowani, na najwyższym byliśmy u - przysięgam - mongoła w futrzanej czapie. Normalnie Mordor pełną gębą... Niby miło i fajnie, ale zdaję sobie sprawę, że to jedno z tych miejsc gdzie ludzie znikają bez śladu... Cały czas Zanshin 10.

Kupiłem maskę. Zeby nie było, że łażę im po sypialni i nic z tego nie mają. Będzie do dojo... Ceny? Maski od 20 do 100 Euro (w zależności od plemienia pochodzenia, wieku itd). Za jakąś starą rzeźbę drewnianą (na oko 150 - 200 lat) z 50 - 100 Euro. Za jakieś koraliki (Jablonex, a jakże) od 2 Euro do 200 Euro (za - powiedzmy - jakąś komodę okoralikowaną). Wybór naprawde duży. Poczekam aż Beata przyjedzie to pójdziemy tam jeszcze raz i pewnie coś kupimy... Jak przeżyjemy.

I po wszystkim, jak już w cywilizacji popijaliśmy piwko zastanawiałem się - jak ludzie znajdują takie miejsca? Tam nikt z przypadku tego nie znajdzie...

Thursday, June 19, 2008

OFP

Co robię tu w długie samotne wieczory?
Łoję w Operation Flashpoint - najlepszą grę komputerową kiedykolwiek, gdziekowliek. Gra trochę trąci myszką, ale realizm poprostu powala...
I teraz moi ulubieńcy z Codemasters zapowiadają sequel!
Mam tylko nadzieje, że nie będzie to kafkowski Zamek w rodzaju Harpoon4 (tu, tu czy też tu), na którego się nie doczekałem...

Takie tam śmieszne....

Widzisz, siedze tu w biurze, które w niczym nie przypomina ciepłego, przytulnego miejsca, które miałem w Nokia Siemens Networks. Tu jesteśmy wszyscy wrzuceni do pomieszczenia o powierzchni około 400 m2, każdy ma swoje biureczko i oddzielony jest on innych niewysokim przepierzeniem (tak, że nawet jak położysz głowę na biurku to kawałek widac)... Więc jak normalnie się pracuje przy kompie to widać wzystkie twarze... Czarne twarze. W pomieszczeniu jest - szacuję - z 80 osób, z czego 4 białe, z 5 śniadych a reszta czarne... I śmieszne jest jak mija się innego białego (w drodze do herbaty czy drukarki czy innego WC) i biali, którzy nawet się nie znają, pozdrawiają się w milczeniu kiwnięciem głowy. Śmieszne. Jakby dawali do zrozumienia - nie znamy się, ale musimy trzymać się razem, bo zrobią sobie bębenki z naszej skóry.
Taki tam smaczek...

Wednesday, June 18, 2008

Po czym poznać gika?

Gik, zwany też z angielska geek, to - podaję za Merriam Webster - ktoś taki: an enthusiast or expert especially in a technological field or activity, co - uważam - nie oddaje cyborgowatości gika.

W każdym razie po czym poznać, że jest się gikiem? Poznajesz wtedy, jak pfefnasty raz prowadzisz to samo szkolenie z Intelligent Networks, jesteś totalnie wkręcony i naprawdę uważasz że to co mówisz jest fascynujące do bólu, uczestnicy zasypiają, a tobie to nie przeszkadza.

Łoch, ciężko samemu na obcym kontynencie...

Saturday, June 14, 2008

Miła niespodzianka

Dzisiaj pojechałem zatankować Toyotę i okazało się, że miła firma nie tylko daje samochód, ale tankowanie też jest friko... Miło ;-D

Saturday, June 7, 2008

Jak jest....

Coraz fajniej.
W Nairobi nie ma chodników. OK, gdzieś w samym centrum może są, ale tylko na dwóch - trzech głównych ulicach, jako relikt czasów kolonialnych. Więc wszyscy ludzie łażą poboczem. A że takowego też nie ma to łażą po jezdni. I tu się pojawia problem. Jako - nie oszukujmy się - niedoświadczony kierowca, jeżdżący w dodatku po niewłaściwej stronie ulicy nie mam totalnie wyczucia. I ci wszyscy ludzie (naprawdę tłumy) walący niekoniecznie skrajem jezdni troche mnie wkurzają... Przeciętnie Kenijczyka nie stać na samochód, więc cały ruch odbywa się albo pieszo albo busikami Matatu.
Ziemia jest koloru krwi. Poważnie, zastanawiałem się jakiegoby tu użyć porównania, ale cegła nie oddaje czerwieni tutejszej ziemi. Kolor jak - powiedzmy - pustynia Wadi Rum w Jordanii o zachodzie słońca (oh yes, motherfucker!). Naprawde czerwona. Piękne. Na skrajach drogi, na tej krwistoczerwonej ziemi, stoją malutkie grille (murowane!) gdzie można kupić kukurydzę prażoną w kolbach, malutkie stragany ze świeżymi owocami podejrzanego pochodzenia i różne inne ciekawostki (np. śpiący ludzie czy samochody bez kół i drzwi w których bawią się małe dzieci). Często widuję kupy tlących się śmieci. I te tłumy ludzi walące bez opamiętania pod moje koła... Mistyczne ;-D
Dzisiaj wpadłem na chwile do pracy, bo mój kolega (uhuhu!) musiał przetestować fault'a na serwis, potem pojechaliśmy w trójkę (jeszcze z Musalią) do Village Market. To taka Galeria Dominikańska w wydaniu kenijskim. Poszliśmy do chińskiej restauracji (już nie tak tanio). Podrzuciłem chłopaków do firmy a sam pojechałem na zakupy. Fajnie, bo generalnie jest to prawie 3-4-milionowe miasto, i niby jedziesz przez centrum, jedziesz i nagle jesteś w dżungli, 500 metrów dalej znowu w mieście. Czad ;-) Robi wrażenie.
Znalazłem indyjskiego piekarza (wspaniałe samosa) i sushi bar, znaczy się - cytując Bogusia Lidę - ja to będę żył... (Psy 2). Właśnie kończę serek z niebieską pleśnią. Mimo piasku (?!) dobrze wchodzi z Merlot.
Za oknem papugi i jakieś ogromne ptaszyska prześcigują się kto głośniej, po ścianie biega taka zielona jaszczurka (ta, co to i po mokrym szkle pionowo potrafi)...
Żyć nie umierać. Tylko brakuje Beaty, żeby swoją nieposkromioną złośliwością mogła zburzyć tą sielankę...

Acha, nie ma tu kaszki mleczno-ryżowej z bananami. Ze 20 minut łaziłem po sklepie i nie znalazłem. Miliony innych (niesprawdzonych!) wynalazków ale nie ma mojej ulubionej kaszki. Ani bobowita ani nestle. Jakby ktoś chciał mi podesłać proszę o kontakt na priva...
No tak to już jest. My tu gadu - gadu a Merlot sie kończy...

Sunday, June 1, 2008

Prędkość sieci

jak pamiętacie mój post poniżej odnoszący się do prędkości internetu - próbowalem powtorzyć z Nairobi - toto nawet nie widzi żadnego serwera żeby się sprawdzić. Normalnie czarna dziura...

Back to Africa

Tradycyjnie kolesie w Londynie posiali mój bagaż. Naprawde nie wierzyłem, że mnie, starego misia, drugi raz chcą zrobić na sztucvzny miód, ale niestety wykręcili mi ten sam numer. Dlatego wszystkim, którzy się do mnie wybierają zalecam wybór lotu przez Amsterda, Dubaj, RPA, Mexico czy Magadan, byle nie przez Londyn. Jak na razie Heathrow ma 100% skuteczność w gubieniu mojego bagażu. Słyszałem kiedyć w sieci, że chłopaki zainstalowali sobie tam automatyczny system sortowania bagażu i od tej pory się zaczęło. Ileś tam tysięcy toreb zgubili bezpowrotnie (jak można zgubić torbę bezpowrotnie? że niby co, maszyna sie wkurzyła i z zemsty zniszczyła czy jak?). W każdym razie, reasumując, niezły burdel tam siostry mają.

W Kenii zimno, drogo i nie ma ciepłej wody ;-( Apartament obleci, 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, kuchnia... Żadna rewelacja, ale daje radę. Ważne, że jest siec ;-))) Perspektywa jazdy lewą stroną ulicy trochę przeraża.

Pozdr z Czarnego Lądu