Saturday, March 22, 2008

Rasery śmasery

Wczoraj wpadł Piotrek z narzeczoną, oddał auto, wypiliśmy po dwa piwa i pogadaliśmy o starych Polakach. Potem pańswto Masztalerz się zawinęli a ja usiadłem przed piecykiem grzejąc stare kości... Wypiłem jeszcze troszkę różnych likierów, zapaliłem fajkę i wtedy się zaczęło... To tak zawsze z zaskoczenia przychodzi, mam też wrażenie, że muzyka jaka akurat leci też ma na to wpływ niebanalny. Wczoraj byl to Sigur Ros, płyta o dźwięcznym tytule ( ). Krótko mówiąc - miałem jazdę ;-)

Będąc w Tajlandii nabyłem drogą zakupu na targu laser. Fajny, zielony. Chciałbym powiedzieć, że laserowy wskaźnik, ale moc tego czegoś jest zdecydowanie za duża jak na wskaźnik - rykoszety oślepiłyby partycypantów szkolenia gdybym wyciągnął to działo i zaczął pokazywać operacje INAPa podczas UCB. Ma toto niby format wskaźnika, ale taką moc, że OMG.



I tak sobie siedzialem machając tymże raserem i kreśląc różne figury w dymie fajkowym, aż w końcu zaskoczyłem i pobiegłem po aparat. Na początku oczywiście miałem problem z ostrością i parametrami naświetlania.

Po kilku(nastu) probach udało mi się osiągnąć coś takiego.



Żaden tam wyczyn fotograficzny ale wytyczał mniej więcej kierunek w którym chciałem podążyć. Potem było przez chwilę fajnie



Coraz fajniej...



Aż zaczęła mi się kończyć fajka...



Nie chcialem palić drugiej, bo jak się ubakam to potem całą noc muszę walczyć z jakimić potworami wielorękimi czy też inne jakieś bardziej wyuzdane koszmary mam. Na szczęście wróciłem właśnie z Bangkoku, skąd przywiozłem trochę opium w kadzidłach, więc odpaliłem kilka. Początkowo trudno przychodziło mi skontrolować turbulencje powietrza.



Ale po chwili bezdechu...



Taki laserowy Zen ;-) A potem już bylo z górki...



Niestety moc tego lasera bardzo szybko wyciąga soki nawet z najlepszych baterii - po dwóch (no, może trzech) godzinach zabawy skończyly mi się bateryjki i bylo po zabawie. Więcej, jak zawsze na Picasa.

PS Właśnie do takich zabaw chciałbym nowego Nikona D3...

Krótka Malezja

Po wizycie w Tajlandii skoczyłem na chwilę do Malezji. Niestety Kisiel wystawił mnie do wiatru wiec sam musiałem prowadzić szkolenie. Jakos poszło, niesmak pozostał. Ale ja nie o tym.
W Malezji siedziałem w samym Kuala Lumpur tylko w Shah Alam - taka mała industrialna dziura z pół godziny drogi od KL. Ponieważ byłem sam to nie bardzo miałem czas ani ochotę aby gdzieś łazić - taksówki tu (w przeciwieństwie do Tajlandii) strasznie drogie. Tak wiec mam do pokazania tylko widok z okna. Za dnia...



I ten sam meczet nocą...



Albo tu...



Szkoda, że nie miałem okazji pojechać poza miasto i zobaczyć jak tu jest naprawdę... Może kiedyś? Może, ale tak naprawdę to nie sądzę - bardziej ciągnie mnie do buddyjskich krajów. Angkor Wat mi się marzy...

Friday, March 21, 2008

Tajlandia - część trzecia

W weekend stwierdziliśmy z Latinosem, że fajnie będzie pojechać poza Bangkok i zobaczyć jak naprawde żyją ludzie w tym kraju. Pojechaliśmy więc do małej, spokojnej mieściny Puttaya, która okazała się lokalnym Kołobrzegiem (czy Ustką czy Chałupami czy whatever, niepotrzebne skreślic ;-). Bardzo turystyczne miasto. Jeszcze bardziej niż Bangkok. Na plaży miejskiej setki grubych, czerwonych (chyba od słońca) Nowych Ruskich, same spasione karczycha z tatuażami Specnazu czy Floty Północnej, w dresach (w tym sezonie znowu Adidas), klapkach (nie dostrzegłem), okulary Versace, obwieszeni złotem, ze swoimi równie spasionymi kobietami. Bleee... Co ciekawe musi jest to miejsce jakąś mekką dla rosjan, bo co kilkaset metrów ogromne billboardy zachęcające do kupna mieszkań czy wręcz domów. Piękną cyrylicą. Taki troche powiew absurdu.
Zerwaliśmy się stamtąd czem prędzej i pojechaliśmy na górkę z wielkim złotym Buddą ;-) Oto widok stamtąd.



A to kwiatek dla Beaty...



Co ciekawe Thai-boxing jest faktycznie dyscypliną narodową, widziałem w paru miejscach kolesi ćwiczących na ulicy z workami treningowymi, kilka razy błądząc po Bangkoku idziemy uliczką, skręcamy za róg a tam... siłownia. I zawsze nie tylko sztangi ale obowiązkowo właśnie worek treningowy. Widac mają to mocno w kulturze zakorzenione. Nie zdążyłem cyknąć zdjęcia (Latino dogadał się wreszcie z automatyczną skrzynią biegów i podawał równo). Potem poptyaliśmy ludzi i znaleźliśmy taką spokojną oazę.



Była to plaża przyhotelowa, ale jakoś nikt nas nie pogonił. Na plaży przyhotelowej stał... czarny ciągnik! Pojemność dwa czterysta! ROTFL



A poza tym nuda... Woda słona jak diabli, jak wszędzie masa szperaczy.



Popływałem (Latino bał się o soczewki) i zaraz sie zmyliśmy z miasta zobaczyć prawdziwą Tajlandię... Na przykład tutaj - jedziesz sobie spokojnie samochodem a tu patrzy na Ciebie taaaaki duży... Budda. No bo kto inny?



Potem kolejna świątynia... Tak schowana już totalnie na uboczu, w gąszczu jakimś, trochę błądziliśmy zanim tam dojechaliśmy.



Oczywiście waliłem w dzwony, jak wszędzie... Dodam, że tam było mnóstwo psów. W ogóle z psami to ciekawa sprawa - strasznie dużo tu ich wszędzie, ale wyglądają na jakieś takie oswojone. I najwięcej ich w świątyniach buddyjskich. Nie wiem, czy to coś znaczy czy po prostu mnisi czy pielgrzymi tu je dokarmiają...



Zaczęło się ściemniać więc zaczęliśmy wracać do samochodu. Ale zanim doszliśmy do auta byłu już ciemno. I ożyła dżungla. OMG - nie wiedziałem, że to aż takie głośne. W pewnym etapie życia naoglądałem się tych różnych filmów o wojnie w Wietnamie, ale nidy wcześniej tego nie doświadczyłem. Potężne przeżycie. Miałem wrażenie, że cała ściana lasu żyje. Powoli zjeżdżaliśmy z tej góry przy otwartych oknach i chłonęliśmy to co sie tam działo... Nie wszedłem w dżunglę po zmroku, nie ma głupich.

A przy okazji - wyczytałem w gazecie, że gdy my byliśmy w Puttaya ktoś zdetonował bombę w jakimś wypasionym hotelu próbując zabić jakiegoś PM czy innego polityka. Nie mam z tym nic wspólnego.

Sunday, March 16, 2008

Bangkok - część druga

Pewnego wieczora pojechaliśmy z Marcinem i z Latinosem na targ. Ponieważ pod oknami w hotelu mam kanał po którym śmigają wodne autobusy to uparłem się, żeby pojechać czymś takim.



W sumie fajnie było, pruje toto dość szybko i podziwiam ludzi, którzy wskakują do tego z biegu (po mokrych oponach samochodowych). Niemniej smród od wody szedł niesamowity, więc na tym jednym razie zaprzestaliśmy poruszania się po Bangkoku bliżej natury. Generalnie naszym celem był nocny bazar, ale nie Phatpong tylko Suan Lum. Dziwne miejsce, kóre zaczyna ożywać dopiero o 19, a zaczyna zamierac około północy.
Generalnie - jak nazwa wskazuje - jest to bazar. Można tu kupić i sprzedać prawie wszystko.



Oczywiście turyści nie znają (z reguły) realiów cenowych więc sprzedawcy wykorzystują to jak tylko mogą. Dlatego należy się targować. Jest to dość ciekawe doświadczenie, szybko się nauczyłem doprowadzaqć do szewskiej pasji i do łez sprzedawców różnych dóbr. Oczywiście i tak na mnie zarabiali ;-)



Co ciekawe bazar jest nie tylko miejscem handlowym ale także miejscem spotkań towarzyskich - mają tu bardzo ciekawy bar. A raczej ogromny dziedziniec na brzegach którego są malutkie bary serwujące różne lokalne przysmaki - od smażonych, grillowanych ryb poprzez kałamarnice, krewetki, inne owoce morza, mięso w każdej postaci (łącznie z różnymi pająkami,karaluchami i innymi robalami z grilla), różne sałatki, różne zupy, owoce na miliony sposobów, lody... I oczywiście to wszystko świeżutkie. Rewelacja. Tu jadłem (poza rybami, ośmiornicami i krewetkami) tradycyjną tajską Green Papaya Salad jak i Tom Yum Goong...



Najciekawsze jest jednak rozliczanie - nie płaci się pieniędzmi tylko trzeba kupić kupony (cos jak kartki na jedzenie ;-) i tym sie dopiero rozlicza w budce. Dziwne, bo co niby się tym zyskuje?
Na środku placu kilkaset plasikowych stolików gdzie można zjeść zakupione delikatesy płucząc gardło Paulanerem czy Warsteinerem (to dla tradycjonalistów, ja ciągnąłem lokalnego Chang'a). Z jednej strony placku jest scena, gdzie leci muzyka na żywo.

Ale największe zdziwienie mnie ogarnęło jak zobaczyłem to:



Było to za sceną, porobione były takie malutkie pokoiki wielkości budki telefonicznej, gdzie po wrzuceniu żetonu można oddać się... karaoke. Ale zaraz... Tak bez publiczności? W Tajlandii można ;-)

Na koniec jeszcze Latino z butelką lokalnego Lecha ;-)))

Tuesday, March 11, 2008

Kilka z Bangkoku...

Miałem na tyle fuksa, że wcześniej przyjechali tu koledzy na PLATOP'a, i zdążyli już rozeznać się (z tego co słyszałem - dogłębnie) w topologii miasta. Tak więc zaraz następnego dnia zabrali mnie na kilkugodzinną wycieczkę po Bangkoku... Na początku przejażdżka łódeczką, żeby dostać się na drugą stronę rzeki:


A wokół nas śmigały takie małe pikusie z takimi ogromnymi silnikami:

Nie znam się za dobrze na silnkach, ale toto brzmiało jak większa ciężarówka ;-)

Dotarliśmy na drugi brzeg...


A potem to się zaczęło...
Zrobiliśmy rundkę po kilku (siedmiu? ośmiu?) świątyniach buddyjskich, w pewnym momencie miałem już tzw. sensory overload - już miałem dość. Wszędzie Buddy duże, małe, siedzące, stojące, leżące, złote, zielone, czarne, czerwone, białe, _w kolorze naturalnym kamienia_, wszędzie stupy* duże, małe, średnie, złote, zielone, pstrokate, _w kolorze naturalnym kamienia_... I tak co świątynię. Naprawde czad. Paliłem kadzidło i świeczki, robiłem pokłony, chodziłem wokół stup*, ofiarowałem kwiaty lotosu, dawałem na tacę, mamrotałem mantry i robiłem inne obrzydliwie buddyjskie rzeczy, czym wpędziłem w popłoch moich biednych kolegów...


A świątynie naprawde piękne... Fajnie być dla odmiany w kraju buddyjskim (po katolickich Filipinach i muzłumańskiej Malezji). I tak na przykład - Leżący Budda (OOO00ogromny - taka leżąca mechagodzilla ze złota ;-)


Siedzący Budda (tych było najwięcej)


I najważniejszy - Zielony Budda, którego nie wolno było wewnątrz fotografować (trochę zrobiliśmy warszawkę z Latinosem, ale zawsze mówiliśmy, że jesteśmy z Berlina, więc nie będzie na nas ;-) a sciągnąłem go przez okienko tylko dzięki wspaniałemu 70-200 VR f/2.8:


W sumie łaziliśmy po mieście z 8-9 godzin. Potem na prysznic do hotelu (łoh, gorąco i parno) i z powrotem do miasta, tym razem na zakupy - kupiliśmy w sumie (w trzech) 8 Rolexów, Philippe Patek'ów i Breitlingów ;-)))

Acha, oczywiście jedliśmy ostrygi, papaje, jakieś ryby, krewetki, ośmiorniczki, kraby i inne cuda wianki (czasem strach pytac ;-). Bardzo wszystko dobre, kurewsko ostre... I oczywiście zalane sensowną ilością piwa ;-)

Następnego dnia znowu wycieczka po mieście - tym razem załapaliśmy się na coś co u nas nazywa się oberwaniem chmury, tu pewnie może pretendować do rangi najwyżej kapuśniaczka. Zmokłem dokumentnie (znaczy - nawet dokumenty w portfelu były mokre).
Oczywiście wiecej fotek znajdziecie tutaj. To wszystko tylko tak na szybko, bez obróbki parę zdjęć ledwie z wielkiego wora ;-)

* Stupy to te takie szpikulce, co to wokół świątyńje tu stawiają. Dużo tu tego...

Thursday, March 6, 2008

Małe tournee...

Jutro lecę na tydzień do Tajlandii, potem na 3 dni do Malezji... Aparacik wrócił dawno od lekarza wiec mam nadzieje na jakieś fajne zdjęcia...

Saturday, March 1, 2008

Chwila wspomnień...

Tak sobie siedze w domku i rzeźbię prezentację dla Malezji. Za oknem ponoć huragan, z glośników napiera Pink Floyd... Beaty nie ma wiec moge pokręcić tą dużą gałką w prawo ... I tak pamietam jak drzewiej z moim Tatem siedzieliśmy i słuchaliśmy muzyki... Nie, żeby z namaszczeniem jakimś czy coś, ale po prostu świadomie siedzieliśmy i słuchaliśmy (często po ciemku, wpatrując się w diodki i lampki naszego hifi). Teraz mam na półeczce schowane między innymi płytami kilkanaście pozycji mocno już nadszarpniętych zębem czasu (i mówię tu oczywiście o materiale, nie o nośniku - teraz mamy już reedycje chyba wszystkiego na jakichś SACD i innych cudach wiankach), które to płyty nie tylko pozwalają się rozkoszowac materiałem na nich zawartym ale przywołują wspomnienia dzieciństwa, kiedy to bezpieczny pod ojcowskim parasolem odpływałem w pół-ekstatyczny niebyt tulony różnymi perełkami wybieranymi przez Niego. Taty już nie ma, ale gdy tak słucham czegoś fajnego to mam wrażenie, że ciąle siedzi obok i że razem tak trwamy...
Czy ktoś jest jeszcze w stanie coś takiego zrozumieć? Że muzyka to więcej niż tylko dźwięki? Dzisiaj jak pytam kolegi Ile masz płyt? to odpowiadają w gigabajtach ;-( Do tego tak rzadko mam czas na to by właśnie słuchać (Internet kusi). Takie to bardzo buddyjskie jest - być w 100% tu i teraz... Czasem jak wracam po treningu jestem bardzo zmęczony, ale jednocześnie nakręcony na tyle, że przez godzine - dwie nie moge zasnąć... Wtedy wymykam się z sypialni i puszczam cichutko jakies Tangerine Dream czy jakąś PJ Harvey...
Pozostaje mi życzyć Wam wielu godzin odsłuchów*, potwornie ciężkiego wzmacniacza** i ciszy za oknem***...



* A fajnych płyt jest coraz mniej... Kiedyś potrafiłem kupić w sklepie kilkanaście pozycji na raz. Teraz każda nowa kupiona płyta jest jak ostatni jednorożec... Czy to moje gusta tak wysublimowały (a może: zdziwaczały) czy też jednak to signum temporis?

** A tak, zostałem skażony audiofilizmem... Mój wzmacniacz waży kilkanaście chyba kilo i jest mięsisty. W pokoju odsłuchowym mam skosy i zastanawiam sie nad ustrojami rozpraszającymi.

*** Bo nie poziom natężenia się liczy a jakość odwzorowania (życzę jak najlepszego źródła) i dynamika...