Friday, December 26, 2008

Rasery - cd...

Z okazji świąt kupiłem nowe bateryjki do mojego rasera (vide poprzedni post odnośnie tychże tutaj) i popełniłem coś takiego...

From Rasery


I takiego...

From Rasery


To tak żeby było miło i świątecznie ;-)

Monday, December 22, 2008

Czerwień (nie Czerwonego Ogra tylko fotograficzna)

Czesiu zauważył (czy też wskazał mi) że najlepszym testem dla aparatu jest zdjęcie czegos bardzo czerwonego. Ja mam takie.
Czerwień tego kwiatka wygląda tu wręcz nienaturalnie, ale tam na dole, w Kenii ten kwiat naprawde tak wygląda...

From Kenya


Dla porównania różowa Jacaranda - tu już czrewień (no dobra, róż) jest lepszejszy.

From Kenya


Oczywiscie najlepiej wychodzą na zdjęciu kolory nieczrewone, jak ten żółty...

From Kenya

PF

Jak byłem ostatnio (z miesiąc temu) w Polsce to kupiłem sobie glośniki KEF iQ7. I teraz na nowo odkrywam swoje płyty. I co Ci powiem - ostatni utwór na płycie Meddle Pink Floyd po prostu wymiata. Mam duzo dobrej muzyki, ale stare PF jest nieśmiertelne.
Odnośnie KEF'ów... ależ to gra...

Europejsko...

Wróciłm na chwilę do domku...
W zeszłym tygodniu bylismy z Beatą na desce w Dolomitach. Rewelacja. Takiej zimy i takiego sniegu nie pamiętam od dawna... Pojeździlismy za wszystkie czasy. Nie, nie ma zdjęć, raczej bawiłem się sniegiem i deską niż obfotografowywałem otoczenia. Było po prostu czadowo. Polecam każdemu, bo...
Beata uswiadomila mi co takiego - u nas, w Polsce, jakis wyciąg ma - powiedzmy - 500 m. Karnet na 10 zjazdów rzadko jest wykorzystywany, bo zjeżdża się 3 minuty a potem stoi w kolejce do wyciągu 40 minut. Czyli nawet jak się wyjeździ 10 zjazdów to ma się za sobą 5 km. A tam, w Val di Fassa jeden stok ma 5 km, stoków są dziesiątki... W czasie jednego zjazdu robię tam tyle co u nas przez cały dzień... A zjazdów robię dziesiątki dziennie...
No i ta włoska kuchnia... Mają fantazję ;-)

Tuesday, December 2, 2008

Ciekawe po co to chłopakom?

Tutaj
Jak popisali w artykule - zachodnie czołgi raczej nie używają pancerza aktywnego. Więc po co? Rosja szykuje się na Ukrainę? Hmm...

Friday, November 28, 2008

Na obczyźnie...

Posiedzę jeszcze trochę... Może wreszcie coś uda mi się tu zrobić konstruktywnego?

Monday, November 17, 2008

Symfonicznie

Leszek dał cynk że w sobotę wieczorem jest koncert z okazji 60-cio lecia Nairobi Orchestra. Nie wiedziałem co będzie grane, ale wyposzczony muzycznie i tak wybrałem się.

Nie było takiego folkloru jak się spodziewałem, w składzie orkiestry zaledwie kilku lokalnych, w tym piękna afrykańska wiolączelistka... Hmmm, wiolączelistka...

Było bardzo fajnie. Mimo wszystko... Bo fortepian był taki... podławy, zdecydowanie nie koncertowy, sala nienajgorsza, tłum ludzi (o dziwo - dużo lokalnych, oczywiscie była śmietanka Nairobi - wszystkie te ambasabory, konsule i ministry). Askari (czyli ochroniarze) nie wyłączyli swoich krótkofalówek i co chwile w czasie koncertu robiły im brrrrit. Jakieś straszne baby (bo nie znam innego określenia) przywiozły na koncert swoje czteromiesięczne dzieci w wózkach. Po co? Chyba tylko po to żeby dziecko się mogło rozedrzeć w połowie Andante graciozo. Wyprowadzić i rozstrzelać!

Program zawierał między innymi koncert fortepianowy Schumanna (choć interpretacja była inna niż ta, z którą jestem zaprzyjaźniony), to bardzo mnie się podobało. Solistą był chłopak z Ugandy - Ian Kiwuwa. Nieźle wymiatał, naprawde trzeba przyznać, że poziom wykonania rewelacyjny. Jeszcze jakby dyrygent (Damian Penfold) orkiestrze nie przeszkadzał...

W czasie przerwy popijaliśmy na tarasie Cabernet Sauvignon, wiała lekka bryza a cykady próbowały konkurować z muzykami...

Po przerwie byłem bardzo miło zaskoczony dziełem Vaughana Williamsa Norfolk Rhapsody. Dopiero tu dyrygent rozwinął skrzydła. Nie znam w ogóle tego kompozytora a musze przyznać, że to było piękne...

Niby koniec świata, wieś i zadupie (tu ukłon w stronę Pepcia), ale czasem można czegoś miłego doświadczyć.

Thursday, November 13, 2008

Signum temporis

Skończył mi się szampon, więc zostałem zmuszony pojechać do sklepu. Wybrałem galerię Sarit Center bo blisko i dużo sklepów. Wpadam do Uchumi (bo wiem, że mają mój ulubiony szampon) i co widzę? Cała półka (aż do tego faceta w zielonej kufajce) czekolad Terravita. Nie przepadam za czekoladą, ale z patryjotycznego obowiązku kupiłem... Ma taką biało-czerwoną naklejkę dobre bo polskie. Heh... dobrze, że Kubusie się skończyły w Nakumacie, bo nie cierpię tego paskudztwa...

Tuesday, November 11, 2008

Naiwniak

Bo jakoś tak cały czas chyba jestem troche naiwny w moim postrzeganiu świata. Cały czas wierzę, że ludzie jednak są dobrzy i że dobro zatriumfuje nad Ciemną Stroną Mocy. Wiem, wiem - obejrzałem Gwiezdne Wojny jak miałem 7 lat i jakoś mi tak zapadło głęboko... Mimo to wciąż czasem sie dziwie sobie i swojej naiwności.
Moja była firma (nie bez kozery zwana przeze mnie czasem przedszkolem) czasem musi wykonać małą robótkę dla klienta. Najcześciej jest to jakiś skrypt w shellu czy w Oracle'u. I za takie małe partyzanckie conieco NSN chce powiedzmy 50k Euro. Coś co ja bym napisał i przetestował w 5-6 godzin. Normalnie ręce mi opadają i wstydzę się za NSN, bo jednak pracowałem tam prawie 5 lat i jakoś dalej wierzę, że nasz produkt jest lepszejszy nisz podobne rozwiązania konkurencji. Ale jak taki dupek z działu sprzedaży (żeby nie powiedzieć pleno titulo sales) mówi że chce tyle szmalu za kilka godzin pracy to normalnie brak mi słów...
I tu trafiamy do sedna. Kiedyś mój tato sie mnie zapytał w filozoficznym tonie - ile coś jest warte? Po dłuższej dyskusji okazało się, że właściwa odpowiedź brzmi - tyle, ile ktoś jest skłonny za to zapłacić. I to do mnie nie do końca dociera. Ja znam faktyczną wartość ile czasu/pracy wymaga zrobienie czegoś i jak ktoś przychodzi do mnie i mi mówi że chce 150 razy więcej to czuję się trochę zagubiony...
Z drugiej strony... Była kiedyś taka firma Yahoo, którą to zrobiło sobie dwóch studentów, firma to duże słowo - było to oprogramowanie na dwóch kompach klasy PC (czyli na pentiawkach). I przyszedł raz pan w ciemnym gajerze i kupił toto za kilka milionów dorarów. To nie było wtedy tyle warte. Ale ten ktoś był w stanie tyle zapłacić. To zastanawia. Niby tu siedze za afrykańskim zadupiu ale cały czas sie uczę. Staram się, przynajmniej, zmienić swoje postrzeganie...

Monday, October 27, 2008

Seksowne paluszki

Dlaczego większość Kenijczyków ma seksowne paluszki? Bo potrafią wszystko spierdolić.

Najciekawsze, że jak ktoś coś umie to mają go tutaj za boga. A Polacy mają takie umiejętności improwizacyjno-techniczne.

Przykład? Jest szuflada telefonów testowych. Ale ładowarki do tychże telefonów zostały skutecznie zużyte, więc telefony leżą rozładowane. Wziąłem więc dwie zepsute ładowarki, z try-mi-ga zrobiłem z nich jedną działającą, podnoszę wzrok i widzę pół tuzina opadniętych szczęk.
- Jak to zrobiłeś?
- Normalnie, kurka, trzeba było uważać...
- A skąd wiedziałeś co i jak trzeba żeby działało?
Tu mi ręce opadły więc taktownie zamilkłem (zamiast powiedzieć im że wystarczy pomyśleć)

Statystyka

Jak kiedyś wpominałem zintegrowałem tego bloga z Google Analytics i teraz mogę Ciebie z innymi razem pouśredniać. Okazuje się, że wizytujący tego bloga używają pięciu różnych przeglądarek:

Firefox - 63%
IE - 22%
Chrome - 7.3%
Opera - 7.3%
Safari - 1% (to chyba ja z iPod'a ;-)

Moi drodzy - wyrzućcie tego biednego Internet Explorera i zaistalujcie sobie coś stworzonego dla ludzi, jak choćby Firefoxa czy Chrome (to dla tych co to nie używają del.icio.us). Co tam jeszcze ciekawego... 670 wizyt, 964 odsłon, czyli średnio 1.44 odsłon/wizytę, 284 absolute unique visitors. Nieźle jak na bloga pisanego na kolanie w toalecie po 8 piwach.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Sunday, October 26, 2008

Flamingi Magadi

A w ogóle po co się jedzie do Magadi? Pogrzać zmęczone kości w gorących źródłach, ale przede wszystkim obejrzeć flamingi. Na jeziorze Bogoria w odpowiedniej porze roku nie widać w ogóle wody tylko cielska różowych ptaków... Ponoć też było tak jeszcze niedawno w Nakuru. Teraz tylko Bogoria i Magadi. Bo flamingi to lubią tą słoną wodę, a raczej to co to tam w niej sobie żyje...
Zdjęcie ocenzurowano

Lake Magadi

W ramach rozrywek krajoznawczych pojechaliśmy z Beatą do Magadi. Jezioro Magadi jest dość ciekawe, bo nie ma tam za dużo wody, ale za to są największe na świecie naturalne pokłady soli i sody.
Zdjęcie ocenzurowano

Chłopaki dali by nerkę wyciąć swoim rodzicom żeby tylko się wyrwać z Kenii. Każdy ma taki horyzont w jakim błocie siedzi... Zabraliśmy ich na stopa, podrzuciliśmy do ich babć czy tam ciotek... Prawdziwe afrykańskie wiedźmy ;-) Oczywiście wszystko dla bogatych Muzungu... Chyba Beata coś kupiła, żeby złego uroku nie rzuciły.
Zdjęcie ocenzurowano

Już w samym Magadi nad gorącym źródłem, gdzie Beata wygrzewała (gotowała? 46C) swoje kolana... Obok Masajski złodziej (złodziej i pijak, bo każdy złodziej...), który potem podprowadził jej z plecaka 300 US$ (jeszcze przed krachem, więc luzik ;-)
Zdjęcie ocenzurowano

W sumie do Magadi nie jest daleko (ze 130km) ale droga wygląda jakby bardzo niewprawni piloci bombowców sprawdzali jak szerki może być rozrzut bomb (bo Dowództwo lubi jak jest mały rozrzut bo wtedy te wybuchy dobrze wyglądają na zdjęciach lotniczych*). Jedzie się tam ze 3h, a jak ma się tylko Corollę...

* No z jakiej to książki?

Saturday, October 25, 2008

Centrum Żyraf

Tak sie chyba to miejsce nazywa... Pojechaliśmy karmić żyrafy z ręki ;-)

Zdjęcie ocenzurowano

Na obiad pojechaliśmy do Crocodile Village. Jastrzębie próbowały z talerza wykraść jedzenie. Trzeba było chować talerze za siebie, bo pikowały - trochę dziwne wrażenie jak atakuje Cie jastrząb za kawałek sera... Jak już zjedliśmy to chodziłem z talerzem z resztkami nad głową żeby go skusić (żeby Beata mogla zrobić zdjęcie) ale oczywiście wtedy wszytkie gdzieś sie pochowaly ;-(

Naivasha Lake

Pewnego pięknego dnia pojechaliśmy z Beatą nad jezioro Naivasha. To widok na Rift Valley - oczywiście karaluchy powyłaziły z dziur w pomoście i próbowały sprzedać różne śmieci... W tle longonot - 2770 mnpm. Byliśmy i tam, ale nie tachałem paparatu...

Ocenzurowano

Nairobi National Park

Jak była u mnie Beata to pojechaliśmy do Nairobi National Park. Ja prowadziłem auto a Beata robiła zdjęcia. Niestety z całego dnia ja ustrzeliłem tylko jednego ptaka...

Ocenzurowano

Friday, October 24, 2008

Parę zdjęć z Mombasy

Po kolei - baobab


Ośmiorniczka. Lokalni ludzie złapali ją żywcem i przy nas zabili na kolację


Local shit - namolni sprzedawcy, równie uciążliwi jak komary latem na Mazurach...


United Colors Of Benetton


Beach boy - Zrobi wszystko, kwestia tylko ceny... Marzenie starych Niemek.


Dużo beach boys


Dedy


Śniadanie Dedy'ego - wiem, że pochodząc z wysp Indonezji chłopak jest za pan brat z owocami morza, ale jednak... Bleeeah!


Wielu autochtonów żyje z tego co da morze...


Oczywiście więcej znajdziesz tutaj.

Thursday, October 23, 2008

Mombasa

Był długi weekend więc mimo upartego bólu w okolicy krzyża postanowiłem pojechać ze znajomymi do Mombasy. Zebrałem kilka wrażeń...

Mombasa jest jakieś 500 km od Nairobi - wydostanie się ze stolicy zajęło nam trochę, ponadto pierwsze 100 km drogi praktycznie nie istnieje. To było niesamowite - droga w sumie strategiczna, a de facto jej nie ma. Jest dość szeroki pas ubitej siemi, czasem utwardzony betonem (ale jakieś dobre paręnaście lat temu) w częstymi dziurami wielkości pralki Frania. Nie odważyłbym się jechać tam samochodem nieterenowym. Do tego te wszystkie TIRy i matatu, piesi i rowerzyści (bo tu wielu ludzi jest nieśmiertelnych, niczego sie nie boją), którzy nie przestrzegają żadnych zasad. Normalnie Wolna Amerykanka i ultimate survival. Wszystko spowite kurzem tak, że nie widać dalej jak na 30 metrów... Często widziałem np. 18-to kołowe tiry które miały pod naczepą tylko 4 z dwunastu opon. Reszta kół po prostu wisiała sobie naga bez żadnej gumy. Wiele ciężarówek jest na pograniczu śmierci klinicznej albo kierowca ma IQ na poziomie bardzo zimnego piwa (bo tu ludzie nie znają słowa redukcja), więc często pod górkę taka ciężarówa nie jest w stanie jechać szybciej niż jakieś 12 km/h. Wtedy inna ciężarówa z silniejszym silnikiem próbuje ją wyprzedzić z prędkością 15 km/h. I ja wyskakuję zza górki przy 150km/h a tu 100 m przede mną oba pasy zajęte przez ciężarówki... Normalnie spodziewałbym się, że ciężarówka, która wyprzedzała zrezygnuje i ustąpi. Ale nie tutaj - tu kierowca ciężarówki mruga światłami dając do zrozumienia, że on nie odpuści. I to ja muszę zwolnić (czasem wręcz zatrzymać się) i go przepuścić. Na początku piana mi wychodziła na usta, ale z drugiej strony - przecież nie bede sie kłócił z ciężarówką... Co do nawierzchni - na szczęście takie jest tylko pierwsze 100 km. Po nich zabrałem Radkowi kierownice i praktycznie do rogatek Mombasy upajałem się widokami... Takiej hAfryki szukałem - nieskończone równiny sawanny, bardzo malownicze góry (niestety było trochę zamglone, więc nie widziałem Kilimanjaro). Droga jak marzenie (nomen omen zbudowana przez Unię Europejską, jakby Unia nie mogła wybudować czegoś w Europie, np. obwodnicy Wrocławia...)

Sama Mombasa to smród, brud i ubóstwo. Gorąco i parno. Ocean fajny, ciepły, miły w dodtyku. Popływałem trochę... Delfinów ani rekinów nie widziałem. Na plaży każdego białego zaczepiają dziesiątki tubylców próbujących wcisnąć im różne rzeczy - od wycieczek statkiem poprzez jakieś muszle, produkty lokalnego folkloru, aż po narkotyki i różne wyuzdane usługi z dwunastolatkami. Najgorsze że dopóki nie powiesz im Spierdalaj to sie nie odczepią. Co ciekawe jest tu dość duża grupa beach boys, którzy oferują wszelkie usługi seksualne starym grubym Niemkom (a jak trzeba to i Niemcom). Fajnie, że wszyscy tu na plaży mówią z Jamajskim akcentem ;-) Jakby sie wsytdzili masajskiego, albo jakby właśnie wrócili z Jamajki z torbą pełną najlepszego stuff'u. Generalnie Mombasa ma renomę centrum seksu i biznesu (z naciskiem na seksu), nawyraźniej byliśmy na tym drugim brzegu (czyli na South Coast), gdzie udało nam się uniknąć tych bardziej renomowanych miejsc. Gdyby nie beach boys możnaby tu nawet wypocząć... Generalnie Mombasy nie polecam - lepiej (ponoć) pojechać do Zanzibaru czy gdzieś jeszcze indziej, gdzie człowiek (może) znajdzie trochę spokoju...

Po kilku miesiącach spędzonych na wysokości 1800 mnpm organizm dziwnie sie zachowywał jak nagle dostał kopa tlenu. Piłem do 16 piw dziennie (lekarz kazał!) i... nic! Poczułem się przez chwilę jak Superman...

Porobiłem kilka zdjęć, jak bede miał chwilkę by je obrobić to się podzielę.

Wednesday, October 15, 2008

Kamiennie - cd

Pojechałęm dzisiaj rano do lekarza żeby obejżał moje fotki (USG) i pan doktór opowiedział taką to anegdotkę, że jak posypały się rządy Somalii i Sudanu (pocz. '90) to Kenia wysyłała tam swoich chłopaków z pomocą humanitarną. Każdy ochotnik musiał przejsć wszystkie badania przed wyjazdem, i oczywicie po powrocie znowu. I okazuje się, że przed wyjazdem nikt nie miał problemów z kamieniami w nerkach, a po powrocie po dwóch tygodniach wielu z nich miało. Dla wyjasnienia - Somalia i Sudan to gorąca pustynia. Doktor mówił, że mają wiele udokumentowanych przypadków, jak to ludzie nie pijący dosć wody wyhodowali sobie kamienie w tak krótkim czasie.
Wydawało mi się że na to sie pracuje latami, a to - okazuje się - czasem tydzień wystarczy...

Tuesday, October 14, 2008

Kamiennie

Jakos tak ból odczuwałem w okolicy prawej nerki, nie zeby często, ale jako że nigdy nie chorowałem (a wszelkie urazy miały kinetyczny charakter ;-) to się trochę wystraszyłem i poszedłem się zbadać. I tu się zaczął niezły cyrk.
Polecony doktór to siwiutki Afrykańczyk, około 60 lat, starszy stonowany i bardzo kulturny pan. Przyjmuje w gabinecie gdzies schowanym na tyłach centrum handlowego, gabinecik z lat '60. Stetoskop i aparat do pomiaru cisnienia chyba pamiętają Drugą Wojnę. Pan doktór włada płynną polszczyzną. Okazuje się że doktorat z medycyny zrobił w Polsce, ma żonę Polkę i dzieci, które pokończyły nasze uczelnie.
Normalnie czad. Srodek czarnej Afryki, Nairobi, słonie i pawiany a z czarnym doktorem można po naszemu... Kraj pełen niespodzianek ;-)
Acha, USG znalazło mi kamienia, którego chyba bede musiał wysikać... Już mnie boli ;-/

Friday, October 10, 2008

Weekendowo

Wyjątkowo w tym tygodniu weekend zaczął się w piątek i z tej okazji pojechalimy z trzema kolegami nad jezioro Magadi nad gorące źródła. Wzięliśmy kratkę piwa, trochę wina, stolik, parasol, krzesła i cotam do jedzenia. Oczywicie na brydżyka. Generalnie te gorące źródła są takim miejscem gdzie wielu turystów (i nie tylko) przyjeżdża się pomoczyć w wodzie o temp. około 46C. Jezioro jest wyschnięte więc generalnie jest wielką patelnią (już nie ma tego miłego chłodu Nairobi) z dodatkowo gorącymi źródłami. Z okazji przyjezdnych pojawiają się tu grupki masajów próbujących sprzedać różne wyroby ichniego folkloru (czasem bardzo natarczywie). Więc wyobraź sobie po srodku płaskiej jak stół pustyni, tuż koło gorących źródeł stoi samochód, obok czterech białych przy piwku/winku (wedle preferencji) gra w brydża. Widok totalnej konsternacji na twarzach masajów (co jeszcze wymylą Ci popieprzeni turysci!) jest niezapomniany...

Thursday, October 9, 2008

O babeczkach i ich facetach

A tak naprawdę nie o babeczkach tylko o związkach. W Kenii. Często widuje się tutaj pary dwukolorowe - albo biały z czarną albo biała z czarnym. Bardzo często. Ciekawa jest tu trochę geneza i przyszłoć tych mieszanych związków.

Biała z czarnym to akurat wiadoma sprawa - w 99,999% przypadków jest to za sprawą kompleksu wielkiego czarnego siusiaka. Takie tu legendy krążą, że potwory z filmu Starship Troopers to pluszowe przytulanki dla grzecznych dzieci. Oczywicie pewnie ta kwestia jest przerysowana (oby!), ale też jak w każdej legendzie - jest tu pewnie ziarno prawdy. Nie wiem, nie widziałem, powtarzam tylko co ludzie na miescie mówią. Czasem przyjeżdżają tu stare, grube, spasione brytyjki czy inne niemki i można zobaczyć tu młode, jurne byczki w towarzystwie tych babek... Smutne. Jak sie pogada z lokalnymi to okazuje się że to jest pewien stereotyp że czarni chłopacy z małych miescin chcą wyrwać (być wyrwanym przez) starą bogatą białą kobietę - jedyna szansa zeby się wyrwać z dna... Smutne, szczególnie, że np. Masaje to bardzo dumni ludzie.

Ciekawsza jest sprawa czarnej z białym. Z punktu widzenia murzynki wyrwanie białego faceta (najchętniej aż do punktu małżeństwa) jest najlepszą rzeczą jaka - się jej wydaje - może się jej przydarzyć w życiu. Bo biały (w postrzeganiu lokalnych) ma fuuurę kasy i wiadomo, że jak się za takiego wyjdzie to do końca życia nie trzeba pracować, można się skupić na ważniejszych rzeczach - torebkach, paznokciach i pilocie do TV. Dodatkowo biali wychowani w innej kulturze traktują kobiety (czarne, białe, niebieskie, zielone, w ogóle - kobiety) diametralnie inaczej niż czarni. Są szarmanccy, kulturni i do rany przyłóż - w przeciwieństwie do lokalnych twardzieli, którzy nie szanują kobiet, zdradzają i mają podejcie typu za włosy i do jaskini. Tak więc czarna kobieta (tu się mówi - Afrykanka ;-) dużo zrobi żeby takiego biednego faceta złapać. A co ciągnie białego do czarnej? Pojęcia nie mam. Niektóre z nich są naprawdę piękne (szczególnie Etiopki), ale trudno z nimi pogadać o przewadze Rachmaninowa nad Lisztem (czy o innej mniemanologi stosowanej ;-).

A teraz patologie...

Jest tu też pewna grupa kobiet, które doją biednych białych facetów z kasy, potrafią mieć jednoczenie 3-4 facetów i od każdego wyciągać pieniądze. Taki zawód - kochanka, bo wiadomo - biały (lokalnie - Mzungu) ma kasę i jest naiwny, więc trzeba by mu ulżyc... Tylko że biały nie wie, że wpadł w sidła i mysli, że to prawdziwa miłosć itd. Kruche męskie ego jest bardzo łatwe w obsłudze, te babeczki opanowały tą sztukę do perfekcji.

Czasem też zdarzają się tutaj innsze tragedie. Na przykład - jest tu pewien Belg, który założył i prowadzi tu szkołę Thai-Boxingu. Mojego wzrostu, ale waży ze 130 kg i ani grama tłuszczu. Wyżyłowany, taka naciągnięta sprężyna. Otóż ten zabijaka pożenił się z czarną babeczką i mają dzieci i wszystko było wspaniale póki miał pieniądze. Ale kupił wspomnianą szkołę, siłownię, dużo zainwestował i kasa wyszła. I wtedy jego wspaniała (do tego owego czasu) żona przestała dostawać od niego pieniądze więc zaczęła chodzić na imprezki bez niego, znikać na dni całe, a ostatnio zaczęła go nawwet bić! Normalnie płakać się chce jak się widzi tego dużego, twardego faceta z siniakami i obtarciami na rękach i łysej głowie (vide Seksmisja - Kobieta mnie bije...). Najgorsze, że on nic nie może, bo jakby mu hamulce pusciły i by jej oddał, to tu sądy tylko czekają na takie przypadki. Znalazłby się w więzieniu zanim by się obejrzał a tam już czarni bracia zrobiliby mu z dupy późną, dżdżystą jesień wczesnego sredniowiecza...
Najczęsciej punktem zaczepienia do małżeństwa jest dziecko, na które mówi się tutaj 0.5 (bo jest jak zebra - trochę białe a trochę czarne ;-). Najgorsze, że jak się kończy białemu kasa to własnie to dziecko najbardziej cierpi (no chyba że czarna żona waży 3x tyle co jej biały mąż - nie przesadzam, to się zdaża!), wtedy to on cierpi... i to bardzo.

Oczywicie to co to tu popisałem nie oddaje tego wszystkiego co tu się odbywa, zdarzają się tu normalne, zdrowo partnerskie kolorowe związki, ale to te wyjątki, które potwierdzają regułę. Jak mówią tu koledzy, którzy siedzą tu dłużej - białemu zawsze wydaje się, że jest mysliwym i że to on wybiera sobie babeczkę. Ale tak naprawde tu mysliwy jest zwierzyną. I jeszcze mówią, że jedyny sposób żeby B&W związek przetrwał to wywieźć czarną kobietę z Kenii, wyrwać ją z jej srodowiska, czyli zabrać do Europy czy Stanów i tam może związek przetrwa i będzie szczęsliwy.

To takie różne historyjki o których się tu słyszy i jakie czasem się dostrzega...

Wednesday, October 8, 2008

Krachowo...

Krach na giełdach... Pytanie - jaki jest tu związek logiczny? Na zasadzie - biednemu zawsze wiatr w oczy?
Bo ja to nie wierzę w cos co sie nazywa zbieg okolicznosci...

Friday, October 3, 2008

Chrome...

Mam taki mały problem, nad którym nie chce mnie się myśleć, ale wkurza na tyle, że wypłaczę Ci się w rękaw.
Używam Chrome. I jak piszę posty na tymże blogu to nie jestem w stanie uzyskać literki eś. Nie wiem czy to wada Google Chrome czy engine'a bloga czy czego, ale irytuje. Ale nie na tyle, żeby pogrzebać w opcjach i wyłączyć skróty klawiaturowe...

Wednesday, September 10, 2008

Squadron Leader

No dobra, lubie Squadron Leader, ale to nie jest mój ulubiony tytoń. Wolę Belle Epoque czy Wild Geese czy nawet W.O.Larsen 1864. Ale czasem też lubię cos ostrego bez dodanych żadnych egzotycznych aromatów i wtedy Squadron Leader jak znalazł. Jest mocny.

I czasem znajduję w sieci fajne fajki, takie jak ta. Naprwdę ładna. Tylko jak to czyscić?

Friday, September 5, 2008

Do not underestimate...

Kiedyś jak jeszcze pracowałem w kurniku to kolega (troche skrzywiony ale wcale nie neurotyczny psychopata) czasem pytał A czy to się da oskryptować?.
Jak ostatnio grzebię w skryptach uniksowych to zaczynam go rozumieć... Sam ostatnio zadałem to samo pytanie przy piwie podczas dyskusji o nowych rakietach tenisowych...
Jak już kiedyś pisałem - to wszystko to jest długi proces. Wydarza się powoli w przedziale czasu. To moje ograniczenie, że nagle, prawie z zaskoczenia, postrzegam zmianę...

Welcome to the Dark Side

Wednesday, September 3, 2008

Króliczek...

Ostatnio na imprezce było kilku polskich księży. Jak popiliśmy trochę to jeden z nich, przerażony uporem z jakim tkwię przy wegetarianiźmie, nadał mi imię Kafuku, co w języku Kikuju (największa grupa etniczna w Kenii) znaczy mały króliczek...

Innymi słowy - działo się...

Monday, August 25, 2008

Nakuru

Dość już dawno temu (ze dwa tygodnie będzie) pojechaliśmy z Radkiem i Nataszą do Nakuru National Park. Jak narazie jest to najfajniejszy park narodowy jaki widziałem w Kenii, lepszejszy nawet niż Masai Mara. Trochę daleko od Nairobi, fajnie byłoby się tam wybrać na dwa dni, ale nawet niedzielna wycieczka warta była tych kilku godzin w samochodzie.



Więcej oczywiście tutaj.

Wednesday, August 20, 2008

Nie cierpię ibisów

Zaraz za oknem mam bardzo fajny park, drzewa sięgają mi praktycznie do balkonu i jakbym był bardzo zdesperowany to mógłbym zejść tędy na dół i tylko trochę bym się pobrudził.
Ale ma to też negatywne aspekty - na tych wszystkich drzewach i krzakach gnieżdżą się różne ptaki. Od takich małych kolorowych, przez różne papugi aż do ibisów. Takich jak ten:



I te ibisy jak sie zaczyna robić jasno (czyli około 0620) zaczynają strasznie skrzeczeć. Dwa metry od okna. Cztery metry od mojego łóżka. Codziennie.

Mają szczęście, że nie mam wiatrówki...

Thursday, August 14, 2008

< yawn >

Dostałem kenijskie prawo jazdy... Nagle jestem w 100% legalny. To nowe doświadczenie dla mnie.
Nuda...

Friday, August 8, 2008

LSA 2008

Pozdrawiam wszystkich szczęśliwców, którzy mają możliwość wzięcia udziału w Letniej Szkole Aikido. Zazdrość na równiku jest szczególnie bolesna... Połamania bokenów!

Oczywiście więcej tutaj

Friday, August 1, 2008

Prawo jazdy

Wszystko jest tutaj względne i negocjowalne. Dlatego niespecjalnie się przejmowałem brakiem prawa jazdy. Przeszedłem już kilka kontroli policyjnych i zawsze kończyło się na porozumieniu ;-)
Ale stwierdziłem, że równie dobrze moge zdobyć prawko. Więc wczoraj pojechałem i zdałem. Ile trwa test? 15 sekund. Egzamin jest na ogromnym, pustym polu... Wsiada się do samochodu z egzaminatorem i facet mówi Drive!. Jak tylko zmieniłem bieg na drugi facet mówi Reverse. Wróciliśmy do punktu startu. Koniec testu. Zdałem.
Co ciekawe widziałem jak chłopaki zdawali na prawko na ciężarówki. Tu wymagania były inne. Wystarczyło wsiąść, włączyć silnik i ruszyć z miejsca. Zdane...
Teraz już rozumiem dlaczego ludzie jeżdżą tutaj tak jak jeżdżą. I nie będę krzyczał z pianą na ustach jak mi jakiś dupek wyjedzie z podporządkowanej...

Sunday, July 27, 2008

Zagadka

Jak pisałem - wybrałem sie do kina na nowego Batmana. Warto. I tak przed seansem stoję w kolejce po popcorn i piwo a tu słyszę za sobą najczystszą polszczyzną Może, Marcin, kupimy sobie coś na seans? Uśmiechnąłem się szeroko i ciepło mi się zrobiło na duszy, bo niewielu to krajan... Odwracam się by spojrzeć w czerstwe, słowiańskie twarze... I chciałoby się sparafrazować Stuhra Ciemne widzę, widzę ciemne... To normalna reakcja pohibernacyjna. Żadnych słowian, żadnych białych, nawet hindusa nie było... Okazało się, że Marcin z dziewczyną są najczystszymi murzynami. I zaczęli rozmawiać o jakiejś cioci... po polsku. Szczena mi opadła... No bo jak to? Naprawde bez żadnej naleciałości pięknie po polsku mówili. Nie tak jak ludzie, którzy mieszkali z 15 lat w Polsce (na studiach czy coś), tylko jak tacy co to od dziecka, od piaskownicy po naszemu... Tak więc mimo że nie słowianie, to jednak nasi... Na Bebiko2 i paprykarzu szczecińskim wychowani...

Saturday, July 26, 2008

Świętach, Świętach i po Drutach...

Takie powiedzonko z czasów studiów ;-) Dlaczego? Bo kupiłem wreszcie sprzęt do biegania. Buty te co zawsze - Nike Air Pegasus, najlepsze na rynku. Ach wiem, że niby Air Max 360, jakies tam Shox'y i inne Triaxy czy cośtam... wszystko to gówno i pic pod publike. Najlepsze są Air Pegasus. Kropka. Do tego kupilem dres (Nike Dry Fit, cuda-wianki, obiera ziemniaki, robi niezłe Mojito i potrafi zainstalować Windows bez płyty instalacyjnej) czarny z żarówiastozielonymi akcentami i z odblaskowymi wstawkami w strategicznych miejscach. Wyglądam jak choinka świąteczna (vide tytuł - tak się swojsko zrobiło). Acha, spodnie są pedalsko obcisłe, podkreślające wspaniałą rzeźbę moich nóg ;-) Kinky...

Więc teraz juz nie miałem wymówki i musiałem pójść biegać. Auć, ciężko. Sprawdziłem na GPSie - 1770 mnpm. Na początek (pierwszy bieg od 3 miesięcy) chciałem spokojnie, żeby się nie zajechać... No i się nie udało. Generalnie mam duży problem z lekkoatletyką. Ja nie umiem powoli. Pierwszy raz zauważyłem to jeszcze jak miałem kilkanaście lat jak na poważnie zacząłem jeździć na rowerze. Wszyscy znajomi jeździli spokojnie, powoli, spacerkiem... I tak godzinami potrafili. Ja zaczynałem z nimi powoli, a po 15 minutach łapałem się na tym, że dawałem z siebie wszystko, po pół godzinie byłem już zawsze zajechany... Jak w czasach szkoły średniej zaczynałem biegać to trochę czasu zajęło mi wypracowanie rytmu i nauczenie się rozkładania sił na te 5 km (to jest mój optymalny dystans). I wydawało mi się, że już nabyłem tą umiejętność (choć Beata dalej narzeka na naszych wycieczkach rowerowych...), ale okazało się, że umiem tak tylko po płaskim. A Nairobi jest mocno pofałdowane i w okolicy domu nie mam takiego kółka 5 km żeby nie było z górki i pod górkę... Praktycznie w ogóle nie ma po płaskim. Tak więć w pięknym stylu się zajechałem... Miałem iść wieczorem do kina na nowego Batmana... a nie wiem czy mam siły dowlec się do samochodu...

W każdym razie najtrudniejszy jest zawsze pierwszy krok. Jak już go zrobiłem to teraz bede codziennie biegał... I jak wróce do bazy to mam nadzieje choć kondycyjnie stawić czoła Pepciowi i jego czilijskim wiewiórkom...

Wednesday, July 16, 2008

Kulinarnie

Dzisiaj na obiad były między innymi banany w curry. I co sie okazuje - banany można tak zrobić (wygotować czy co?), żeby zupełnie nie miały smaku. Takie... kartofle... Popiję wieczorem Mojito to mi przejdzie niesmak...

Thursday, July 10, 2008

Czas zawieszony

Afrykański robak powoli wykluwa się w moim umyśle. Zaobserwowałem, że czasami do różnych myśli przyczepiają się takie małe, szare zwierzątka, jak pasożyty, albo raczej małe drapieżniki. Owłosione i bardziej irytujące niż niebezpieczne. Tak jakbyś jechał przez las i dzikie psy (czy szczury jakieś) przyczepiałyby się do wozu, probując go zatrzymać czy pożreć... Jak jestem w pracy to muszę być skoncentrowany, kreatywny i ostry. Ale później już mogę się wyluzować, odprężyć i wtedy czasem pojawiają się one. Na razie niegroźne, na granicy percepcji, ale wiem, że jak czegoś nie zmienię dramatycznie to one będą nabierać siły. I jak pochłoną, zawładną moim umysłem, to - jak to się ładnie mówi - postradam zmysły. Oszaleję. I będę wtedy biegał po Nairobi wywijając srebrnym lichtarzem szerząc strach i ból, aż jakiś łaskawy askari* zastrzeli mnie koło wysypiska śmieci... Czytałeś Jądro ciemności Conrada? Oglądałeś Lśnienie czy Czas apokalipsy? Szaleństwo to proces. To nie jest tak, że nagle, znikąd budzisz się w środę rano z tym błyskiem w oku i zaczynasz malować na trawniku niebieski brzuch. To jest proces, postępuje powoli, na granicy percepcji, ale jednak zapowiada swoje nadejście... Bo jest to bardzo ciekawa sytuacja w której się znalazłem. Normalnie każdy toczy swoje spokojne życie, chodzi na treningi, do pracy, ściera się ze wszystkimi ludźmi, którymi wybrał się otoczyć... A tu nagle jestem wyrwany ze swojego świata, odarty z tego środowiska, które sobie tak mozolnie latami budowałem. Jakby długie wakacje... Wakacje? Skąd! Na wakacje z reguły zabiera się jakąć część swojego świata. To raczej więzienie czy zesłanie do obozu pracy. Tu nie ma niczego, co stanowiłoby kotwicę czy pomost jakiś pomiędzy wtedy a teraz. Zupełnie inny, obcy świat, gdzie ego (które i tak jest iluzją) nie ma punktu zaczepienia... Albo zacznę ćwiczyć, dalej próbując zdobyć w Nairobi przyczółek dla wrocławskiego Aikido, albo zacznę medytować, albo cokolwiek... Ale muszę przestać myśleć w kategoriach tu - tam, wtedy - teraz. Muszę odnależć grunt pod nogami i zacząć być tu i teraz. Alternatywa jest nieciekawa. Czas leci i działa na korzyść tych drugich. Zawsze działa na ich korzyść... * askari - swahili: ochroniarz

Friday, July 4, 2008

Z naturą nie wygrasz....

Wylęgły się termity i miliony tego lata w powietrzu. Dosłownie chmury całe. Bleee... Jak tu nie dać się zjeść żywcem? Jak dojść z bramy do samochodu? Niby niegroźne, ale wyobraźnia działa... Najgorsze, że nieopatrznie zostawiłem otwarte okno w łazience i teraz mam całą podłogę w termitach. Chyba nie będę dzisiaj mył trybów...

Wednesday, July 2, 2008

kompleks białego

Przyjechało paru chińczyków z Huawei i tak sobie tłumaczę, że chyba już nie mam najmniejszego w biurze...

Friday, June 27, 2008

Mały dym

Dzisiaj byłem świadkiem jak dwóch facetów miało małą różnicę zdań, która doprowadziła do rękoczynów. Pierwszy raz widziałem jak tutaj się biją. Porażka. Przysłowiowe machasz Waść jak cepem byłoby obrazą dla cepa. Oczywiście był to prosty meczyk taksówkarz kontra klient, nic profesjonalnego. Ale i tak byłem zniesmaczony...

Wednesday, June 25, 2008

tajlandzki discount...

Niestety mimo zapewnień lokalnego dealera firmy Breitling w Bangkoku mam wrażenie, że zegarek, który właśnie mi sie zepsuł, nie do końca spełniał wymagania procesów kontroli jakości tejże firmy.
A taki fajny był, Śszwajcarski...

Tuesday, June 24, 2008

Krater Longonot

Miałem dosyć miasta więc namówiłem Radka na wycieczkę poza miasto. Coś lekkiego, łatwego i przyjemnego (przyjemnego my ass!).

Pojechaliśmy jakieś 70 km za Nairobi, zjechaliśmy w dół Rift Valley, to widok z góry. Daleko, daleko na horyzoncie widać Longonot.


A tu akacje parasolowe w drodze w dół do Rift Valley.


Longonot. Generalnie jest to krater wulkanu, czynnego jeszcze w 1863 roku. Wylewy lawy znacznie użyźniły ziemnię, pięknie wszystko rośnie wokół. Sama górka i okolice są objęte parkiem narodowym.


Podejście było masakryczne. Albo inaczej - weszliśmy do parku razem z bandą hindusów, więc żeby nie iść z nimi ramię w ramię narzuciliśmy mordercze tempo. Tu Radek odpoczywa...


Jak ja odpoczywałem to nie robiłem sobie zdjęć, więc nie ma udokumentowanej mojej kiepskiej formy. Już na szczycie, czyli po wdrapaniu się na krawędź wulkanu odsłania się zapierający dech widok...


Niestety nie dorobiłem się jeszcze dość szerokiego kąta, żeby objąć to co widziałem. A naprawde warto. Najfajniejsze, że w środku, w dole rośnie las tropikalny, bardzo bujny i nie ma tam nic poza tym. Taka dziewicza oaza... Obeszliśmy cały krater w kółko po krawędzi (fi jakieś 3-4 km). Po drodze znalazłem jeszcze jeden, mniejszy krater z boku góry, pewnie późniejszy.


Jak wspominałem - wulkan był czynny całkiem niedawno (co to jest 150 lat?) więc nic dziwnego, że miejscami ulatniały się jeszcze jakieś gazy czy inne opary.


Kolejne zdjęcie brzeżka krateru. W tle Rift Valley.


Najwyzsze miejsce na naszej tracie to 2770 mnpm, skąd rozpościerał się wspaniały widok na całą dolinę... Podejście dobijało. Nie tylko brak tlenu, ale też serce chciało wyskoczyć. Jak wdrapałem się na samą górę to mi takie kolorowe motylki przed oczami latały. Mało to komandoskie, ale usiadłem, żeby odpocząć... Za to widok... Piękny. Mogłem dostrzec na przykład takie wioski murzyńskie:


Już za najwyższym wzniesieniem...


Na szlaku spotkaliśmy grupkę lokalnych przewodników oprowadzających straaasznie grubą Brytyjkę. Jeden z nich powiedział, że to bardzo rzadki ptak, ostatnio go widział w 2002 roku. Wierzę na słowo. Fajne ptaszysko, ogromne.


Przy schodzeniu dziwnie patrzyły się na nas żyrafy i zebry. Bawoła na szczęście nie spotkaliśmy.
W drodze powrotnej zobaczyłem jak się podjeżdża na rowerze do góry... Nie wiem jaka jest różnica poziomów pomiędzy Rift Valley a okolicznymi wzgórzami, ale dobre kilkaset metrów jest. I trzeba sobie jakoś radzić, nie?


Jak zwykle - więcej zdjęć tutaj.

Kilka z Nairobi

Kilka zaległych fotek.

To wredne stworzenie wydziera mi się w nocy (razem z ibizami, których nie mam jeszcze na zdjęciu) i spać nie pozwala...


A jak wyjdę na taras to widać małpy i takie to papugi. Zauważ też krzak dżakarandy, której tu w Nairobi pełno wszędzie, w listopadzie całe miasto jest fioletowo - różowe. Rzecz gustu.


Obiecany kiedyś wcześniej grill gdzie przyrządzają kukurydzę. OK, no może nie do końca murowany, ale nie jest to blaszak z Obi, tylko porządna konstrukcja z lokalnego budulca.
Smaczek z centrum...


Ulica, gdzie strach białemu chodzić piechotą...


I ogólny rzut okiem na przedmieścia.


Albo tutaj... Niby spokój i cisza a wyraźnie to ich teren - swędzą cię zęby, białasie?


W ogóle mieszkam niedaleko UNRC (czy jakoś tak - UN Refugee Centre )- tam to czasem dziwne sceny się odbywają dantejskie... Kiedyś się odważę sfotografować to pokażę, probem w tym, że jak wracam do domu to już jest ciemno... I żeby naświetlić matrycę musiałbym się zatrzymać na dłużej niż to jest bezpieczne.

Poranki w Nairobi

Generalnie zaczyna się zima, temperatura spadła do 14 C (w sobotę, wczoraj jakies 18), od dwóch dni pada... Dla lokalnych tragedia, chodzą w puchowych kurtkach, szalikach i futrzanych czapkach. Dla Europejczyka idealna pogoda. Przy automacie z herbatą zagaduję dzisiaj do jednego lokalesa że piękny dzionek Bozia dała, a on na to yesss, very british...
Mało się nie oblałem ze śmiechu.

Sunday, June 22, 2008

Jazda 10

Zaległy wpis za wczoraj.
Wiesz, bywałem w życiu w różnych dziwnych miejscach, czasami w takich gdzie białemu nie wypada chodzić, bo może stracić zęby czy nawet coś więcej. Taki lepszy hard-core, którego doświadczyłem, to były mediny w Maroku, w Marrakeshu jeszcze nie było najgorzej (trochę turystycznie), ale w Rabacie czasami wiało grozą...
Oczywiście każde miasto ma takie miejsca - we Wrocławiu to na przykład Trójkąt Bermudzki jakieś 10 lat temu, teraz - powiedzmy Kozanów (zwany popularnie Kozanostra ;-). Takie miejsca ma też Nairobi. Oczywiście jest nim słynna Kibera - najwieksze slumsy w Afryce, gdzie mieszka jakiś milion ludzi... Nie, nie polazłem tam, nie jestem aż tak twardy (czyt. nie jestem aż tak głupi).

Ale Radek zabrał mnie wczoraj do miejsca, gdzie można kupić orginalne (w sensie - nie robione dla turystów) przedmioty produkowane przez różne plemiona afrykańskie. Miejsce wręcz pachnie skrystalizowanym Mordorem... Najpierw pojechaliśmy do dzielnicy, gdzie biały nie chodzi piechotą. W sensie - nie chodzi długo. Bo go zaciukają w jakimś śmierdzącym zaułku. Wysiedliśmy z auta i weszliśmy do jakiejś bramy... ciemno, śmierdzi kozimi bobkami. Potem jakieś schody, zakręt jeden, drugi, skrzyżowanie korytarzy, w końcu żelazne zamknięte drzwi. Dopiero na hasło Czerwony Kapturek stają otworem - totalna konspiracja. Wchodzimy na podwórze... Kamiennice wokół mają jakieś trzy piętra. Galeryjka prowadzi do wszystkich pokoi... W każdym pokoju (na piętrze kilka) łóżko, na którym śpi sprzedawca, a poza tym setki artefaktów... Jakich? Maski afrykańskie z setek plemion, ozdoby ichnich kobiet, rzeźby ( od drewnianych przez cynowe do mosiądzu / żelaza), jakieś ozdoby z koralików, amulety, dosłownie wszystko. Wszystko w setkach odmian, rozmiarów, z całej Afryki. I tak w każdym pokoju. Każdy ze sprzedawców bardzo miły i uprzejmy, każdy przy łóżku ma Koran, nie zdziwiłbym się jakby pod łóżkiem miał kałacha... Ciekawe, że ci ludzie tam mieszkali i pewnie w ogóle nie wychodzili na zewnątrz. Bo po co? Krzątały się tam jakieś kobiety z jedzeniem, jest kibelek (muszla wmurowana, nic nie wystaje ponad podłogę), prysznic (bardzo industrialny - rura ze sciany), zawsze można kogoś posłać po placki... Im wyższe piętro tym sprzedawcy mniej cywilizowani, na najwyższym byliśmy u - przysięgam - mongoła w futrzanej czapie. Normalnie Mordor pełną gębą... Niby miło i fajnie, ale zdaję sobie sprawę, że to jedno z tych miejsc gdzie ludzie znikają bez śladu... Cały czas Zanshin 10.

Kupiłem maskę. Zeby nie było, że łażę im po sypialni i nic z tego nie mają. Będzie do dojo... Ceny? Maski od 20 do 100 Euro (w zależności od plemienia pochodzenia, wieku itd). Za jakąś starą rzeźbę drewnianą (na oko 150 - 200 lat) z 50 - 100 Euro. Za jakieś koraliki (Jablonex, a jakże) od 2 Euro do 200 Euro (za - powiedzmy - jakąś komodę okoralikowaną). Wybór naprawde duży. Poczekam aż Beata przyjedzie to pójdziemy tam jeszcze raz i pewnie coś kupimy... Jak przeżyjemy.

I po wszystkim, jak już w cywilizacji popijaliśmy piwko zastanawiałem się - jak ludzie znajdują takie miejsca? Tam nikt z przypadku tego nie znajdzie...

Thursday, June 19, 2008

OFP

Co robię tu w długie samotne wieczory?
Łoję w Operation Flashpoint - najlepszą grę komputerową kiedykolwiek, gdziekowliek. Gra trochę trąci myszką, ale realizm poprostu powala...
I teraz moi ulubieńcy z Codemasters zapowiadają sequel!
Mam tylko nadzieje, że nie będzie to kafkowski Zamek w rodzaju Harpoon4 (tu, tu czy też tu), na którego się nie doczekałem...

Takie tam śmieszne....

Widzisz, siedze tu w biurze, które w niczym nie przypomina ciepłego, przytulnego miejsca, które miałem w Nokia Siemens Networks. Tu jesteśmy wszyscy wrzuceni do pomieszczenia o powierzchni około 400 m2, każdy ma swoje biureczko i oddzielony jest on innych niewysokim przepierzeniem (tak, że nawet jak położysz głowę na biurku to kawałek widac)... Więc jak normalnie się pracuje przy kompie to widać wzystkie twarze... Czarne twarze. W pomieszczeniu jest - szacuję - z 80 osób, z czego 4 białe, z 5 śniadych a reszta czarne... I śmieszne jest jak mija się innego białego (w drodze do herbaty czy drukarki czy innego WC) i biali, którzy nawet się nie znają, pozdrawiają się w milczeniu kiwnięciem głowy. Śmieszne. Jakby dawali do zrozumienia - nie znamy się, ale musimy trzymać się razem, bo zrobią sobie bębenki z naszej skóry.
Taki tam smaczek...

Wednesday, June 18, 2008

Po czym poznać gika?

Gik, zwany też z angielska geek, to - podaję za Merriam Webster - ktoś taki: an enthusiast or expert especially in a technological field or activity, co - uważam - nie oddaje cyborgowatości gika.

W każdym razie po czym poznać, że jest się gikiem? Poznajesz wtedy, jak pfefnasty raz prowadzisz to samo szkolenie z Intelligent Networks, jesteś totalnie wkręcony i naprawdę uważasz że to co mówisz jest fascynujące do bólu, uczestnicy zasypiają, a tobie to nie przeszkadza.

Łoch, ciężko samemu na obcym kontynencie...

Saturday, June 14, 2008

Miła niespodzianka

Dzisiaj pojechałem zatankować Toyotę i okazało się, że miła firma nie tylko daje samochód, ale tankowanie też jest friko... Miło ;-D

Sunday, June 8, 2008

Mordor - pierwsza niedziela

Dzisiaj pierwszy raz się przeraziłem. W ramach brania byka za rogi czy też ujeżdżania tygrysa wziąłem autko i z godzine jeździłem po Nairobi. Czyli po naszemu - pod prąd. Byłem w dwóch galeriach, zjeździłem centrum... i się przeraziłem. Bo nagle zdałem sobie sprawę, że tu nie ma co robić! Albo się tu robi zakupy (hindusi, pakistańczycy, kilku białych, niewielu murzynów) albo... pije. Normalnie miasto 3 razy większe od Wrocławia i nie ma co robić! Już żałuję, że dałem się Beacie zbałamucić i zostawiłem fajkę w domu... Stupido Salvatore, stupido Salvatore... Albo zacznę chodzić na siłownie albo zacznę się uczyć. Mam tu w kompie jeszcze kilka tysięcy zdjęć do uporządkowania, potem zacznę uczyć się jakiegoś Perla czy innych algorytmów kryptografii kwantowej...
Jedyna nadzieja w Radku (chłopak już 5 lat tu siedzi), może on coś będzie w stanie podpowiedzieć...

Saturday, June 7, 2008

Jak jest....

Coraz fajniej.
W Nairobi nie ma chodników. OK, gdzieś w samym centrum może są, ale tylko na dwóch - trzech głównych ulicach, jako relikt czasów kolonialnych. Więc wszyscy ludzie łażą poboczem. A że takowego też nie ma to łażą po jezdni. I tu się pojawia problem. Jako - nie oszukujmy się - niedoświadczony kierowca, jeżdżący w dodatku po niewłaściwej stronie ulicy nie mam totalnie wyczucia. I ci wszyscy ludzie (naprawdę tłumy) walący niekoniecznie skrajem jezdni troche mnie wkurzają... Przeciętnie Kenijczyka nie stać na samochód, więc cały ruch odbywa się albo pieszo albo busikami Matatu.
Ziemia jest koloru krwi. Poważnie, zastanawiałem się jakiegoby tu użyć porównania, ale cegła nie oddaje czerwieni tutejszej ziemi. Kolor jak - powiedzmy - pustynia Wadi Rum w Jordanii o zachodzie słońca (oh yes, motherfucker!). Naprawde czerwona. Piękne. Na skrajach drogi, na tej krwistoczerwonej ziemi, stoją malutkie grille (murowane!) gdzie można kupić kukurydzę prażoną w kolbach, malutkie stragany ze świeżymi owocami podejrzanego pochodzenia i różne inne ciekawostki (np. śpiący ludzie czy samochody bez kół i drzwi w których bawią się małe dzieci). Często widuję kupy tlących się śmieci. I te tłumy ludzi walące bez opamiętania pod moje koła... Mistyczne ;-D
Dzisiaj wpadłem na chwile do pracy, bo mój kolega (uhuhu!) musiał przetestować fault'a na serwis, potem pojechaliśmy w trójkę (jeszcze z Musalią) do Village Market. To taka Galeria Dominikańska w wydaniu kenijskim. Poszliśmy do chińskiej restauracji (już nie tak tanio). Podrzuciłem chłopaków do firmy a sam pojechałem na zakupy. Fajnie, bo generalnie jest to prawie 3-4-milionowe miasto, i niby jedziesz przez centrum, jedziesz i nagle jesteś w dżungli, 500 metrów dalej znowu w mieście. Czad ;-) Robi wrażenie.
Znalazłem indyjskiego piekarza (wspaniałe samosa) i sushi bar, znaczy się - cytując Bogusia Lidę - ja to będę żył... (Psy 2). Właśnie kończę serek z niebieską pleśnią. Mimo piasku (?!) dobrze wchodzi z Merlot.
Za oknem papugi i jakieś ogromne ptaszyska prześcigują się kto głośniej, po ścianie biega taka zielona jaszczurka (ta, co to i po mokrym szkle pionowo potrafi)...
Żyć nie umierać. Tylko brakuje Beaty, żeby swoją nieposkromioną złośliwością mogła zburzyć tą sielankę...

Acha, nie ma tu kaszki mleczno-ryżowej z bananami. Ze 20 minut łaziłem po sklepie i nie znalazłem. Miliony innych (niesprawdzonych!) wynalazków ale nie ma mojej ulubionej kaszki. Ani bobowita ani nestle. Jakby ktoś chciał mi podesłać proszę o kontakt na priva...
No tak to już jest. My tu gadu - gadu a Merlot sie kończy...

Thursday, June 5, 2008

Przyszłość Internetu

Ostatnio tak rozmawiałem z Wojtkiem i doszliśmy do wspólnego wniosku - Internet sam w sobie może się nie zmienia (Kubuś by wiedział więcej) , ale sposób w jaki używamy sieci zmienia się dramatycznie, i to w dodatku zmiana nastąpiła nie tak dawno...
Otóż obaj doszliśmy (niezależnie!) do wniosku, że odkąd mamy iGoogle nie surfujemy sieći jak to drzewiej bywało, tylko na iGoogle wrzucamy wszystko co nas interesuje i tylko odwiedzamy nasz portal. Potem faktycznie wyszukiwarki Google używamy jak naprawde coś chcemy wyszukać.
Kiedyś słuchałem takiego podcastu, który opowiadało tym jak się zmienia paradygmat używania internetu. Według niego, wielu użytkowników sieci ma konta Twitter'a (głównie w Stanach), które pozwalają im śledzić innych użytkowników twittera. Po jakimś czasie użytkownik jest w stanie określić kto gada głupoty a kto faktycznie coś fajnego wnosi. I po krótkim czasie po prostu śledzi się wybranych użytkowników... Jeśli ktoś aktywnie uczestniczy w życiu grup dyskusyjnych pewnie zaobserwował u siebie podobny mechanizm...

Skąd ta zmiana? Cóż, głównym zarzutem w stosunku do Internetu jest nadmiar informacji. Np. widzę to jak Beata surfuje. Niby odpala Googla żeby znaleźć przepis na muffiny z morelami a oczywiście otwiera się jej dużo więcej. I biedne dziecko czyta wszystko, bo o jakie to ciekawe i po chwili zamiast o muffinach (co było powodem odpalenia Firefoxa) czyta o kryptografii kwantowej (OK, tu mnie poniosło - ja bym czytał o kryptografii kwantowej, Beata raczej o Kubicy czy o nowotworze szczoteczki do zębów ;-).

Powodem mojego (i Wojtkowego czy twitterowców) podejścia jest właśnie nadmiar info. Normalnie, jeszcze z rok - dwa temu ja sam sprawdzałbym codziennie z 10 - 15 interesujących mnie stron. Dzisiaj dzięki Google Readerowi subskrybuję RSSy, jak jakaś strona nie ma RSSa to oszukuję za pomocą tego, więc zamias spędzać godzinę na sprawdzanie moich ulubionych stron - mam wszystie nowe informacje podane w Readerze. Poczta? Oczywiście na iGoogle. Wszelkie gadżety (poza posranym GG) mam na iGoogle. Więc po co mi surfować? Podane na tacy...

Pozytywne strony takiego podejścia? Filtruję. Dostaję te informacje, które są dla mnie interesujące, a nie jakiś spam. Doprowadza to jednak to dwóch problemów.

Po pierwsze - ograniczam się. Wiem, że świadomie, ale jak nie mam czegoś nowego w Google Readerze to marudzę, że nie ma nic w tym Internecie. Bo, niestety, chadzam utartymi ścieżkami.

Po drugie - może mnie ominąć coś ważnego. Trzęsienei ziemi w Chinach? Skąd mogłem o tym wiedzieć? Na stronie Engadget'a nie było ;-( Czyli zamykam się w dość hermetycznym, monotematycznym (duo- tre- quatro- tematycznym - co za różnica?) świecie, spoza którego informacje nie bardzo mają jak do mnie dotrzeć...

Coś za coś. Albo daję się spamować i biegam po milionie stron, które poruszają tematykę zupełnie mi obojętną albo oszczędzam czas na surfowaniu licząc się ze skalkulowanym ryzykiem że może coś mi umknąć...

Myślę, że wiele osób nie jest w stanie pogodzić się z takim podejściem. Beata czyta całą gazetę, nie tylko interesujące ją artykuły. Dlatego w przypadku Internetu wpada w ślepy zaułek - nie nastarczy. Ani czasowo ani w żaden inny sposób.

Czy tak będzie wyglądała przyszłość? Filtrowanie? Trudno powiedzieć. Dla mnie się sprawdza, dla paru dobrych znajomych też. Każdy musi sam określić jak chce spędzić resztę życia - czy zaoszczędzić czas (filtrując w ten czy inny sposób) i móc poświęcić ten czas na pisanie bloga dla innych czy też może woli marnować czas czytając bzdury przez innych popełnione...

Mordor - dzień trzeci...

Dzisiaj wreszcie udało mi się wyżebrać dostęp do platformy testowej. Pomyślałem sobie, że teraz to ja już im tu wszystko zadministruję. Bo muszę przyznać, że zaczynalo mi się trochę nudzić. Tak więc zalogowałem się via putty jako rtp99 i zacząłem wpisywać na początek jakieś takie niewinne execRTPenv status1 -e czy psrinfo -v (tak, tak, SunFire 6900). potem podniosłem wzrok i zobaczylem przerażenie w oczach moich czarnych kolegów. Zaraz ktoś niechcący mnie z sieci wypiął ;-(

Z nudów połaziłem po biurze i pogadałem z czarnuchami. Co ciekawe wiele osób tu ma naprawde wypasione gadgety. Jeden koleś ma BlackBerry, iPhone'a, dwie inne komórki, Asus eePC i iPoda. Do tego służbowego notebooka i stacjonarnego kompa. 3 monitory. Wszystko na jednym biurku. Innymi slowy - jestem wśród swoich ;-)

Ale ja nie o tym. Odkąd przyjechałem chodziliśmy na lunch do kantyny w budynku jakieś 200 metrów dalej po drugiej stronei ulicy, gdzie się mieści kwatera główna Safaricom. Całkiem przyzwoite jedzenie (obiad jednotalerzowy: ryba, różne surówki, ryż, sok za jakieś 10 złotych). Ale wyczaiłem, że normalnie chłopaki chodzą do baru dokładnie po drugiej stronie ulicy. Pytam więc dlaczego chodzimy do kantyny skoro normalnie chodzicie do baru. A na to uslyszałem, że chcą mnie oszczędzić, bo tu, w barze, to nie jedzenie dla białych. Oburzyłem się okrutnie i pytam czy ja jestem jakiś gorszy, czy co? No wiesz, masz delikatny żołądek, mógłbyś tego nie znieść... Oczywiście poszliśmy dzisiaj do baru. I to bylo bardzo ciekawe. Bar to szopa sklecona z desek, płyty pilśniowej, blachy falistej, siatki drucianej i czegokolwiek co można znależć leżące luzem na śmietniku. Bez podłogi (klepisko), bez okien (wspomiana siatka) itd. Siedzieliśmy przy stołach skleconych też z jakichś desek z odzysku na chyboczących się ławkach (o dziwo drzazg nie bylo). Jedzenie faktycznie bardzo podłe. Jakiś tam ryż wziąłem z fasolą, ale ja to bym tym psa nie nakarmił. Talerze brudne, łyżki tłuste, totalny folklor. I to bylo niesamowite. Ci ludzie są naprawde dobrze wyedukowani, dobrze ubrani (świerze czyste i wyprasowane koszule, spodnie na kancik, itp), są osprzęceni jak tylko się da, a jedzą w takim miejscu. Naprawdę podle... Klientela też bardzo zróżnicowana - od moich wypasionych kolesi w garniturach od Armaniego po kierowców ciężarówek, jakichś pracowników budowlanych (usyfionych jak tylko się da) itp. Byłem jedynym białym, myslę że jeszcze jakiś czas będą wspominać że byl tu raz taki jeden... Zapłaciłem dzisiaj ze dwa zlote... Potem dopiłem Coca colą, żeby wypalić te wszystkie paskudztwa, którymi chcieli mnie zarazić... Potem wyszliśmy z tej jadłodajni na dwór, gdzie pięknie świecilo równikowe słońce, błękitne niebo bez jednej chmurki i ryk przejeżdżających samochodów odprowadzil nas z powrotem do firmy... Kenia to kraj ogromych kontrastów...

Beata zawsze namawiala mnie żeby zawsze jadać tam, gdzie tubylcy jadają. Próbowałem tak we Włoszech, Hiszpanii, Grecji, Słoweni, Jordanii, Maroku, RPA, USA, Tajlandii, Malezji, an Filipinach i Bóg wie gdzie to tam jeszcze mnie zawiało. Ale tu chyba sobie odpuszcze. Wiem, wiem, Beata, co powiesz. Ale wolę być twardym mięczakiem niż miękkim twardzielem po kilku dniach spędzonych przy białym uchu w toalecie.

Wednesday, June 4, 2008

Mordor - dzień drugi

Dzisiaj już oficjalnie dostałem auto. Toyota Corolla XLi (jakaś na oko 3-letnia). Obleci. Nie am klimy, ale tu nie trzeba, bo jak pisałem - temperatura waha się około 25C. Pojechałem change ciapas, czyli w lokalnym slangu wymienić pieniądze. Bo - muszę się przyznać - nie pamiętałem czy na lotnisku w Nairobi jest ATM (jest!). Dlatego wybrałem pieniądze w Londynie. I po kupieniu wizy zostało mi około 70 funtów. Lepiej to chyba zamienić na szylingi i wydać na piwo czy wino... Tak więc dzisiaj samodzielnie wjechałem na jedną z bardziej zatłoczonych ulic miasta i podskoczyłem do Sarit Centre. Oczywiście bankomat był już zamknięty. Potem musiałem jeszcze wrócić do bazy. Oczywiście zgubiłem się trochę... Jazda po mieście po lewej stronie ulicy naprawde jest wymagająca. Najgorsze, że odruchy które mam nie tylko nie pomagają - one przeszkadzają. Wjeżdżasz na skrzyżowanie a tu samochody napierają na Ciebie z kierunku z którego nie mają prawa nadjechać. Stąd po kilku minutach człowiek jest totalnie skołowany i zagubiony i wtedy się zaczyna... Pojawia się ten stan umysłu, który my w Aikido nazywamy zanshin. Czyli oczy dookoła głowy, w stu procentach będąc tu i teraz.
Dojechałem... Ale się spociłem.
Popijam teraz Gato Negro i słucham lekkiego dżeziku. Zapuszczę brodę i długie włosy. Jak Beata była taka mądra i wykopała mnie do dzikiego kraju to będzie miała dzikusa ;-)

PS. Moje ulubione (w Polsce) ciasteczka digestive są tu nie do zjedzenia. W ogóle wszelkie ich słodycze są jakieś takie... mączne. Jakby komuś sypnęło się troche za dużo mleka w proszku. Zobaczymy jak się sprawi kaszka mleczno-ryżowa z bananami...

Sunday, June 1, 2008

Stare ucho moje, ale jare - tylko mózg głupieje czasami

Fajne!

Prędkość sieci

jak pamiętacie mój post poniżej odnoszący się do prędkości internetu - próbowalem powtorzyć z Nairobi - toto nawet nie widzi żadnego serwera żeby się sprawdzić. Normalnie czarna dziura...

Back to Africa

Tradycyjnie kolesie w Londynie posiali mój bagaż. Naprawde nie wierzyłem, że mnie, starego misia, drugi raz chcą zrobić na sztucvzny miód, ale niestety wykręcili mi ten sam numer. Dlatego wszystkim, którzy się do mnie wybierają zalecam wybór lotu przez Amsterda, Dubaj, RPA, Mexico czy Magadan, byle nie przez Londyn. Jak na razie Heathrow ma 100% skuteczność w gubieniu mojego bagażu. Słyszałem kiedyć w sieci, że chłopaki zainstalowali sobie tam automatyczny system sortowania bagażu i od tej pory się zaczęło. Ileś tam tysięcy toreb zgubili bezpowrotnie (jak można zgubić torbę bezpowrotnie? że niby co, maszyna sie wkurzyła i z zemsty zniszczyła czy jak?). W każdym razie, reasumując, niezły burdel tam siostry mają.

W Kenii zimno, drogo i nie ma ciepłej wody ;-( Apartament obleci, 2 sypialnie, 2 łazienki, salon, kuchnia... Żadna rewelacja, ale daje radę. Ważne, że jest siec ;-))) Perspektywa jazdy lewą stroną ulicy trochę przeraża.

Pozdr z Czarnego Lądu

Thursday, May 29, 2008

Globus

No nie do końca globus ani nie glątwa ani nawet nie migrena, tylko po prostu zaczyna mi się sraka przedwyjazdowa. Właśnie koledzy kolektywnie spuścili mi mały wpier*** na treningu i zaczynam sobie uzmysławiać, że faktycznie coś się kończy, coś się zaczyna. Najgorsze, że zmiany nie zawsze są na lepsze. Po prostu nie wiem, jak będzie. I stąd sraka. Ale to dobrze. Wiem, że mam tendencję do unikania zmian i utrzymywania za wszelką cenę oecnego status quo... Wysoce niebuddyjskie. Dlatego probuję czasem trochę na siłę coś zmieniać, żeby tylko nie trwać w tym co mam, żeby prowokować zmiany.

heh, chyba potreningowe piwo mocno zadziałało, bo jakieś głupoty zaczynam pisać... Ide spać, jutro ciężki dzień, pojutrze samolot do Nairobi.

Monday, May 12, 2008

Mały test

A otóż i wyniki:



Ciekawe jakie będę miał osiągi w Nairobi. To już tylko trzy tygodnie...

Thursday, May 8, 2008

Dzikie zwierze

A wczoraj znalazłem u siebie w notebooku dzikie zwierze. Pierwszy raz od ponad 10 lat! Od razu poszły w ruch jakieś Nortony czy Avasty czy whatever, zwierze zabite, ale OS trzeba bylo przeinstalowac, bo nawpuszczało caly zwierzyniec. No i tu porwalem się troche z motyką na słońce, bo... Zamiast skorzystać z recovery DVDs to chcialem mieć czystą instalacje bez tych wszystkich śmieci, które to łaskawie Sony instaluje na każdym Vaio. OS wstal, sterowniki wgrane, ale jak sprawić, żeby zadziałały te dwa magiczne guziczki? Hmmm... dziwne, nawet Google nie wie...

Przy okazji - polski XP sux. wystarczy uruchomić services.msc żeby się pogubić w radosnej twórczości łebków, którzy tłumaczyli toto z naszego na Polski: Klient śledzenia łączy rozproszonych. Albo: Rozszerzenia sterownika instrumentacji zarządzania Windows. Brrrr... Choć zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ludzi język obcy może być barierą nie do przeskoczenia, ale bez przesady... Byłem we wtorek zmienić Beacie opony na letnie (wiem, wiem...) i tam pan wulkanizator miał stary, już wyraźnie wysłużony kartonik z tłumaczeniem:
inside - do środka
outside - na zewnątrz
Można? Można... Nie trzeba znać języków żeby wiedzieć w którą stronę założyć oponę... A i zdarł ze mnie niemiłosiernie...

Sunday, April 20, 2008

WTF?

O Kisielowym blogu i problemach z wpisywaniem komentarzy już pisałem. Teraz okazuje się, że moi znajomi lamerzy albo moderują swoje blogi (buuuuuuuu!) albo używają takich serwisów, które wymagają zalogowania. Czego się, ludzie boicie? że ktoś napisze kurwa czy że ktoś napisze głupi dowcip o Waszej szalonej nocy gdzies w jakimś egzotycznego kraju?

@Żak - jak tak można? You must be logged in to post a comment.

@P&W - fajnie, że Wam też bylo miło. Polecamy się na przyszłość ;-)

@Bartowl - załóż, Brachu, bloga

@Kubuś - kudos, tylko pisz częściej ;-D

Friday, April 18, 2008

Papiery

Wow, kolega w pracy pokazal mi Google Docs. Rewelacja! Po prostu niedlugo wszystko przeniosę online (czekam, Kuba na GDrive!) i nie straszne mi będą upadki dysków twardych na podlogę... A tak straciłem bezpowrotnie kilka swoich opowiadań (w tym to najdłuższe, 80-cio stronicowe) pracę doktorską i kilka lat fotografii... Ale ja nie o tym - dla wszystkich, którzy sie nie boją komputerów i Internetu i już korzystają z Google Calendar, Reader itd - polecam szczerze także Google Docs...

Thursday, April 17, 2008

Akwarystyka

Pamiętacie Akwarium Witka Suworowa? Tam był taki motyw z wejściem do GRU - jednego rubla na wejscie, ale dwa na wyjście. Tak samo mam teraz w Wielkiej Korporacji - ciężko się wykręcić (no OK, wcale nie tak baaardzo ciężko) ale wyjść jeszcze ciężej. I nie chodzi nawet o to że nie chcą mnie puścić czy że będą za mną płakać, ale te wszystkie procedury, papiery itd... Biurokracja oprocesowana. Bleh...

Wednesday, April 9, 2008

Personal Message

Do Kisiela ;-)
Wiesz, Brachu, kiedyś (chyba) udalo mi się wpisać komentarz na Twoim blogu, ale od jakiegoś czasu nie moge tego zrobić. Nie wiem czemu, ale czy używam Firefoxa czy MSIE (fuj!) czy z mojego VAIO z domu czy z firmy, via Corina czy cokolwiek to nie moge Cię komentować ;-( nie wiem co jest nie tak, bo widze że inni coś tam wpisują... To tak tylko, żebyś wiedział, że czytam mimo braku komentarzy...
Pozdro

Thursday, April 3, 2008

Stare ale fajne...

Saturday, March 22, 2008

Rasery śmasery

Wczoraj wpadł Piotrek z narzeczoną, oddał auto, wypiliśmy po dwa piwa i pogadaliśmy o starych Polakach. Potem pańswto Masztalerz się zawinęli a ja usiadłem przed piecykiem grzejąc stare kości... Wypiłem jeszcze troszkę różnych likierów, zapaliłem fajkę i wtedy się zaczęło... To tak zawsze z zaskoczenia przychodzi, mam też wrażenie, że muzyka jaka akurat leci też ma na to wpływ niebanalny. Wczoraj byl to Sigur Ros, płyta o dźwięcznym tytule ( ). Krótko mówiąc - miałem jazdę ;-)

Będąc w Tajlandii nabyłem drogą zakupu na targu laser. Fajny, zielony. Chciałbym powiedzieć, że laserowy wskaźnik, ale moc tego czegoś jest zdecydowanie za duża jak na wskaźnik - rykoszety oślepiłyby partycypantów szkolenia gdybym wyciągnął to działo i zaczął pokazywać operacje INAPa podczas UCB. Ma toto niby format wskaźnika, ale taką moc, że OMG.



I tak sobie siedzialem machając tymże raserem i kreśląc różne figury w dymie fajkowym, aż w końcu zaskoczyłem i pobiegłem po aparat. Na początku oczywiście miałem problem z ostrością i parametrami naświetlania.

Po kilku(nastu) probach udało mi się osiągnąć coś takiego.



Żaden tam wyczyn fotograficzny ale wytyczał mniej więcej kierunek w którym chciałem podążyć. Potem było przez chwilę fajnie



Coraz fajniej...



Aż zaczęła mi się kończyć fajka...



Nie chcialem palić drugiej, bo jak się ubakam to potem całą noc muszę walczyć z jakimić potworami wielorękimi czy też inne jakieś bardziej wyuzdane koszmary mam. Na szczęście wróciłem właśnie z Bangkoku, skąd przywiozłem trochę opium w kadzidłach, więc odpaliłem kilka. Początkowo trudno przychodziło mi skontrolować turbulencje powietrza.



Ale po chwili bezdechu...



Taki laserowy Zen ;-) A potem już bylo z górki...



Niestety moc tego lasera bardzo szybko wyciąga soki nawet z najlepszych baterii - po dwóch (no, może trzech) godzinach zabawy skończyly mi się bateryjki i bylo po zabawie. Więcej, jak zawsze na Picasa.

PS Właśnie do takich zabaw chciałbym nowego Nikona D3...

Krótka Malezja

Po wizycie w Tajlandii skoczyłem na chwilę do Malezji. Niestety Kisiel wystawił mnie do wiatru wiec sam musiałem prowadzić szkolenie. Jakos poszło, niesmak pozostał. Ale ja nie o tym.
W Malezji siedziałem w samym Kuala Lumpur tylko w Shah Alam - taka mała industrialna dziura z pół godziny drogi od KL. Ponieważ byłem sam to nie bardzo miałem czas ani ochotę aby gdzieś łazić - taksówki tu (w przeciwieństwie do Tajlandii) strasznie drogie. Tak wiec mam do pokazania tylko widok z okna. Za dnia...



I ten sam meczet nocą...



Albo tu...



Szkoda, że nie miałem okazji pojechać poza miasto i zobaczyć jak tu jest naprawdę... Może kiedyś? Może, ale tak naprawdę to nie sądzę - bardziej ciągnie mnie do buddyjskich krajów. Angkor Wat mi się marzy...

Friday, March 21, 2008

Tajlandia - część trzecia

W weekend stwierdziliśmy z Latinosem, że fajnie będzie pojechać poza Bangkok i zobaczyć jak naprawde żyją ludzie w tym kraju. Pojechaliśmy więc do małej, spokojnej mieściny Puttaya, która okazała się lokalnym Kołobrzegiem (czy Ustką czy Chałupami czy whatever, niepotrzebne skreślic ;-). Bardzo turystyczne miasto. Jeszcze bardziej niż Bangkok. Na plaży miejskiej setki grubych, czerwonych (chyba od słońca) Nowych Ruskich, same spasione karczycha z tatuażami Specnazu czy Floty Północnej, w dresach (w tym sezonie znowu Adidas), klapkach (nie dostrzegłem), okulary Versace, obwieszeni złotem, ze swoimi równie spasionymi kobietami. Bleee... Co ciekawe musi jest to miejsce jakąś mekką dla rosjan, bo co kilkaset metrów ogromne billboardy zachęcające do kupna mieszkań czy wręcz domów. Piękną cyrylicą. Taki troche powiew absurdu.
Zerwaliśmy się stamtąd czem prędzej i pojechaliśmy na górkę z wielkim złotym Buddą ;-) Oto widok stamtąd.



A to kwiatek dla Beaty...



Co ciekawe Thai-boxing jest faktycznie dyscypliną narodową, widziałem w paru miejscach kolesi ćwiczących na ulicy z workami treningowymi, kilka razy błądząc po Bangkoku idziemy uliczką, skręcamy za róg a tam... siłownia. I zawsze nie tylko sztangi ale obowiązkowo właśnie worek treningowy. Widac mają to mocno w kulturze zakorzenione. Nie zdążyłem cyknąć zdjęcia (Latino dogadał się wreszcie z automatyczną skrzynią biegów i podawał równo). Potem poptyaliśmy ludzi i znaleźliśmy taką spokojną oazę.



Była to plaża przyhotelowa, ale jakoś nikt nas nie pogonił. Na plaży przyhotelowej stał... czarny ciągnik! Pojemność dwa czterysta! ROTFL



A poza tym nuda... Woda słona jak diabli, jak wszędzie masa szperaczy.



Popływałem (Latino bał się o soczewki) i zaraz sie zmyliśmy z miasta zobaczyć prawdziwą Tajlandię... Na przykład tutaj - jedziesz sobie spokojnie samochodem a tu patrzy na Ciebie taaaaki duży... Budda. No bo kto inny?



Potem kolejna świątynia... Tak schowana już totalnie na uboczu, w gąszczu jakimś, trochę błądziliśmy zanim tam dojechaliśmy.



Oczywiście waliłem w dzwony, jak wszędzie... Dodam, że tam było mnóstwo psów. W ogóle z psami to ciekawa sprawa - strasznie dużo tu ich wszędzie, ale wyglądają na jakieś takie oswojone. I najwięcej ich w świątyniach buddyjskich. Nie wiem, czy to coś znaczy czy po prostu mnisi czy pielgrzymi tu je dokarmiają...



Zaczęło się ściemniać więc zaczęliśmy wracać do samochodu. Ale zanim doszliśmy do auta byłu już ciemno. I ożyła dżungla. OMG - nie wiedziałem, że to aż takie głośne. W pewnym etapie życia naoglądałem się tych różnych filmów o wojnie w Wietnamie, ale nidy wcześniej tego nie doświadczyłem. Potężne przeżycie. Miałem wrażenie, że cała ściana lasu żyje. Powoli zjeżdżaliśmy z tej góry przy otwartych oknach i chłonęliśmy to co sie tam działo... Nie wszedłem w dżunglę po zmroku, nie ma głupich.

A przy okazji - wyczytałem w gazecie, że gdy my byliśmy w Puttaya ktoś zdetonował bombę w jakimś wypasionym hotelu próbując zabić jakiegoś PM czy innego polityka. Nie mam z tym nic wspólnego.